Czwartek, 20 listopada 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007

Zapach prażonek

Wspomnienie o domu rodzinnym: z Myszkowa niedaleko Częstochowy do Yonkers w powiecie Westchester


Bluberries
Autorka z najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa
Autorka z najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa

Ania Ludwig (z prawej) często gościła w moim rodzinnym domu.

Bluberries
Moi rodzice: Wiktoria Irena i Kazimierz Stalowie
Moi rodzice: Wiktoria Irena i Kazimierz Stalowie

Bluberries
Od lewej: moja mama z bratową Czesią i bratem Czesławem
Od lewej: moja mama z bratową Czesią i bratem Czesławem

Bluberries
Moi synowie Łukasz i Michał przed laty
Moi synowie Łukasz i Michał przed laty

Bluberries
Mój starszy syn Michał już jako dziecko przejawiał zainteresowanie muzyką.
Mój starszy syn Michał już jako dziecko przejawiał zainteresowanie muzyką.


Pradziadek Grzegorz Wrona był nauczycielem, dziadek Wincenty Kulak – pracownikiem Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Rodzina posiadała też spore majątki ziemskie. To fragmenty wiedzy, jaką znam o moich przodkach. 

W drugim i trzecim dniu II wojny światowej miasto Żarki, położone na obrzeżach Jury Krakowsko-Częstochowskiej blisko Częstochowy, zamieszkiwane przez dużą populację Żydów, zostało zbombardowane. Kilka bomb jednocześnie spadło na dom moich dziadków Kulaków. Zginęli dwaj bracia mamy Stefan i Stanisław, kilku krewnych oraz dalszych i bliższych sąsiadów. Dom legł w gruzach, grzebiąc rodzinne pamiątki, dokumenty, zdjęcia, biżuterię, kosztowności i wszystko inne. Rodzina musiała przenieść się do pobliskiego Myszkowa. Tam właśnie poznali się moi rodzice…

Dziadkowie ze strony ojca Jan i Konstancja Stalowie mieli w Myszkowie dom. Spotykało się tam duże grono ówczesnej młodzieży. Razem chodzili do szkoły i uczyli do kolejnych egzaminów, wspólnie grali w piłkę, przygotowywali przedstawienia w założonym przez siebie kole teatralnym, urządzali potańcówki. Czasami babcia Konstancja stawiała im kabałę.

Mój ojciec był przyjacielem brata mamy. W grudniu 1950 roku rodzice Wiktoria Irena Kulak i Kazimierz Stala wzięli ślub i wkrótce rozpoczęli budowę nowej siedziby w pobliżu domu dziadków. Ten właśnie dom wraz z rozległym ogrodem jest domem mojego dzieciństwa oraz oazą, do której spieszyła ze wszystkich stron cała rodzina.

Piętrowy, z pięknymi widokami na odległe wzniesienia, dom miał w sobie tzw. duszę. Tym bardziej że zamieszkała z nami babcia Marianna, która po wypadku miała kłopoty z samodzielnym poruszaniem się. Babcia pomagała prowadzić dom i wychowywać moją młodszą siostrę Jolę. Tarła dla nas marchewkę z jabłkiem, przyprawioną sokiem z cytryny oraz zawsze miała w zanadrzu wymyślone przez siebie baśnie oraz prawdziwe historie rodzinne. Koledzy wujka Cześka studiujący na politechnice uczyli się do egzaminów w naszym ogrodzie, a moja mama smażyła dla wszystkich placki ziemniaczane posypywane cukrem, które wspominają do dzisiaj.

Ciocia Marysia przywoziła z Gliwic na wakacje swoje dzieci Bożenę i Wacka. Ze Stalowej Woli z wujkiem Cześkiem zjeżdżali kuzyni Andrzej i Ewa. Wujek Jasiu przyprowadzał Artura i Kasię. Wspaniale było razem wyprawiać się na okoliczne łąki, kłaść się na świeżym sianie, zbierać kwiatki i robić z nich wianki. Dobrze było wspinać się po ruinach zamków i białych wapiennych skałach, zrywać tarninę i dzikie owoce głogu na wino, zbierać amonity i muszelki, odgadywać z atlasem w ręku nazwy grzybów i roślin, które rosły wyłącznie na Jurze, a których tata nigdy nie pozwalał zbierać, bo były pod ochroną.

Ojciec kochał las. Miał zgromadzoną bogatą literaturę na ten temat. Kiedyś chciał zostać leśnikiem, ale wojna zmieniła te plany, gdyż został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec i później wybrał inny zawód. Jednak do końca życia było to jego ukochane hobby. Znał w lasach Beduskim, Jaworznickim, na Helenówce, na Polomii i na Osińskiej Górze niemal każdy zakątek, gdzie rosły grzyby, owoce leśne, leszczyny lub zwyczajnie ptaki wysiadywały gniazda czy zwierzęta leśne miały swoje siedliska. Potrafił interesująco opowiadać o każdym owocu leśnym lub krzaku. Bardzo lubiłam te wyprawy do lasu. Poznałam wtedy m.in. uczucie lęku podczas spaceru po uginających się pod stopami połaciach bagna, gdzie rosły najlepsze żurawiny. Wspominam dalsze wyprawy z tatą do ruin starych jurajskich zamków w Mirowie, Bobolicach, Ogrodzieńcu, Olsztynie, warowni na Czarnym Kamieniu, na Górę Zborów w Podlesicach, do Złotego Potoku, Kroczyc, Okiennik. Przywoziliśmy z nich wiele najróżniejszych okazów skał wapiennych i mnóstwo innych skarbów. Jura miała i nadal ma bardzo dużo dzikich i przez to bardzo atrakcyjnych miejsc do odwiedzania.

Kiedy na świat przyszli moi synowie Michał i Łukasz, a później siostrzenica Ania, dziadek kolejnemu pokoleniu przekazywał swoje doświadczenie i wiedzę. Jeszcze do niedawna nie wyobrażałam sobie kuchni bez świeżych czy marynowanych grzybów, borówek lub jagód, przywożonych przez tatę z lasu. Innym zajęciem były wyprawy na ryby. Pierwsze okonie łowiłam z tatą i córką jego kolegi na zwyczajne wędki z patyków. Wyciągałyśmy ryby z wody jedną za drugą. Powód do dumy dla kilkulatek i świetna zabawa.

Niedaleko domu przebiegała droga, po której na przemian wędrowały pielgrzymki na Jasną Górę lub pędziły wozy strażackie do pożarów, których wtedy na Jurze, bardzo ubogiej w wodę, bywało sporo. Czasami mama jeździła na wieś i przywoziła świeże mleko, chleb i sery. Miały niepowtarzalny smak i zapach.

Z okazji świąt lub kiedy działo się coś ważnego obowiązkowo cała rodzina udawała się do klasztoru Ojców Paulinów w Leśniowie koło Żarek. Tam przed obrazem Matki Boskiej Leśniowskiej modliliśmy się i świętowali rodzinne wydarzenia. Zawsze zabieraliśmy ze sobą butelki na wodę. Wierzono bowiem, że woda z cudownego źródełka pomoże zachować zdrowie i pokonać wszelkie troski. Rozległy park klasztorny i szumiące źródełko wspaniale relaksowały i przywracały siły.

Mój dom rodzinny w Myszkowie nieustannie tętnił życiem i był pełen ludzi. Byli to przyjaciele rodziców lub ci, którzy szukali u nich rady i pomocy. Mama nie potrafiła przejść obojętnie obok ludzi będących w potrzebie. Pisała dla nich podania, dzwoniła do urzędów, pomagała załatwiać przyjęcia do szkół i zapomogi.

Moja siostra i ja miałyśmy swoje pokoje na piętrze, gdzie wspólnie uczyłyśmy się, słuchałyśmy muzyki i dyskutowałyśmy na różne tematy. Siostra interesowała się archeologią, a później malarstwem i poezją. Malowała piękne obrazy, pisała wiersze, a niektóre jej sztuki kabaretowe wystawiano w szkolnym teatrze. Potrafiła też szyć i tworzyć prawdziwe kreacje mody.     

Ja kochałam poezję i wiersze, a poza tym interesowałam się naukami ścisłymi i potrafiłam poradzić sobie nawet ze skomplikowanymi zadaniami matematycznymi czy chemicznymi. Toteż ciągle ktoś wpadał, żeby razem się uczyć. Mama donosiła nam wtedy do pokoju stosy kanapek ozdobionych natką pietruszki z przydomowego warzywnika.

W domu zawsze był pies. Rodzice uważali, że dzieci powinny mieć kontakt ze zwierzętami. Najpierw był to mieszaniec Amik, później seter irlandzki Astor, wreszcie owczarek niemiecki Oskar.

Najważniejszym miejscem w ogrodzie była stara rozłożysta wiśnia. Pod nią stały stół, ławka i krzesła. Tu rodzina spędzała wieczory i tu również odbywały się przyjęcia ogrodowe. Zawsze też czekało ciasto, najczęściej z rabarbarem lub owocami z naszego ogrodu. Krzaki obwieszone były malinami, porzeczkami i agrestem. O tym, jak ważne to było miejsce w życiu moich dzieci, świadczy fakt, że starszy syn Michał wybrał je, opisując na amerykańskiej uczelni swoje wspomnienia z dzieciństwa.

Tradycją okolic, skąd pochodzę, jest robienie tzw. prażonek. Prażonki to ułożone na przemian w specjalnym kociołku ziemniaki, marchewka, buraki, cebula, kiełbasa i boczek. Wszystko to obsypane przyprawami, nakryte świeżym liściem kapusty i mocno dociśnięte pokrywą lub przykryte ciężką darnią. Kociołek wkładało się do ogniska na około 45 minut, do momentu wydzielania się po całej okolicy bardzo apetycznego zapachu. Specjaliści od prażonek, głównie mężczyźni, musieli w odpowiednim momencie postukać w garnek patykiem i sprawdzić, czy całość jest już gotowa. Począwszy od czerwca aż do późnej jesieni przy kociołkach z prażonkami spotykały się rodziny i znajomi. Na prażonki wyjeżdżali do lasu uczniowie ze szkół i pracownicy poważnych instytucji. Na prośbę moich synów przenieśliśmy ten zwyczaj do Ameryki i teraz czasami pieczemy ziemniaki w naszym ogrodzie w Westchester.

Mój mąż Ludomir urodził się w Kluczach. Ojciec męża został tam skierowany po studiach, żeby kierował zakładami papierniczymi. Oboje z mężem studiowaliśmy na politechnice. Nasz ślub odbył się w kwietniu 1974 roku. Na pewien czas zamieszkaliśmy na piętrze w domu naszych rodziców, by potem przenieść się do innego miasta. Później często odwiedzaliśmy to miejsce, a dzieci spędzały u dziadków weekendy i część wakacji. Był to dla Michała, Łukasza i siostrzenicy Ani prawdziwy raj. Bezpieczni w ogrodzonym ogrodzie z zamkniętą na haczyk bramą mogli robić wszystko, co podpowiadała im dziecięca fantazja. Pod drzewem rozstawialiśmy im namiot, mieli piłkę, mnóstwo zabawek i rowery, toteż do domu wpadali tylko na moment, żeby coś zjeść. Babcia z dziadkiem zawsze byli w pobliżu. A że fantazji dzieciom nie brakowało, powstawały kolejne pułapki, tajne schrony i bazy. Dziadkowie nie żałowali starych desek ani dywanów czy półek na wyposażenie tych budowli. W ogrodzie w Myszkowie założono też pierwszy zespół muzyczny, gdzie Michał i Łukasz grali na instrumentach, a Ania była solistką.

Mój dom rodzinny był miejscem, gdzie ze wszystkich stron świata zjeżdżała się cała rodzina, przyjaciele i przyjaciele ich przyjaciół. Każdego roku urządzano w nim wigilie i święta dla dużego grona osób. Nikt z członków rodziny nie odważyłby się nie pojawić tutaj w tym dniu lub zmieniać odwiecznych zwyczajów. Wszystko tu miało swój czas i swoje miejsce i wszystkie tradycje były pielęgnowane.

W ogrodzie już od marca zaczynały się pojawiać pierwsze wiosenne kwiaty, pierwiosnki, żonkile i tulipany. Później zakwitały liczne drzewa jabłoni i wiśni i wtedy było najpiękniej.

Szczególnie niezapomniane były długie letnie wieczory, rozbrzmiewające odległym kumkaniem żab z okolic rzeki Warty. Do domu chłopcy wbiegali tylko na Dobranockę, albo i o niej zapominali, szczególnie kiedy zasiedzieli się u wujka Staśka mieszkającego w sąsiednim domu. Dom był dla nich punktem wypadowym na wyprawy po Jurze i w dalsze okolice. Na rowerach wyścigowych, a później na skuterze Michał z Łukaszem przemierzali Jurę wzdłuż i wszerz.

Od wielu lat domem rodzinnym, a z całą pewnością domem rodzinnym moich synów jest nasza amerykańska siedziba na wzgórzach Westchester Hills w Yonkers w powiecie Westchester. Tutaj przenieśliśmy wszystkie nasze polskie tradycje. Tu w kredensie przechowywane są naczynia i sztućce przechodzące w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Synowie rozjechali się po Ameryce, a my z mężem przechowujemy dla nich nasze wspomnienia i dbamy o nowy ogród wokół domu. Kiedy Michał z żoną Anią przylatują do nas z San Jose w Sillicon Valley w Kalifornii lub Łukasz z żoną Eleną przyjeżdżają z Fort Lee w New Jersey, ich dom rodzinny w Yonkers czeka na nich, tak jak kiedyś tamten w Polsce. W ich dawnych pokojach prawie nic się nie zmieniło. Na półkach poukładane są ich kolekcje książek, miniaturowych samolotów i monet. Obok leżą ulubione maskotki i drobiazgi. W przedpokoju niecierpliwie oczekuje ich nasz pies Saba, a w garażu czeka sprzęt treningowy i narciarski. Stoi tam też kociołek do pieczenia prażonek. I tylko sąsiedzi nie rozmawiają po polsku. Ale i tak, jak obaj zgodnie twierdzą, tu jest obecnie ich dom rodzinny i ich nowe miejsce na ziemi, do którego się spieszą i ciągle wracają myślami.

dodajdo.com


 
napisany przez 12:31 03-11-2008 Maciej Jeżewski

Zbieram informacje o moich przodkach - Stalach. Dziadkowie moi pochodzą z rejonu Janowa Częstochowskiego, Złotego Potoku, Ponika.
Proszę o kontakt na adres: <uni-m@tlen.pl> lub telefon 502 061 029
Wspomnienie napisane jest uroczo. Gratuluję.
Pozdrawiam Maciej J.

Artykuły z numeru:
NR 10 WIOSNA 2007

Najczęściej czytane





Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK

Copyright © 2007 by magazyntd.com



W serwisie startups mozna znalezc wiele ciekawych projektow. Miedzy innimi sa to projekty lansik, a takze nasza klasa.