Stalowa Wola
Miasto ludzi z potencjałem
Miasta zazwyczaj powstawały w jakiś naturalny sposób. Ludzie przybywali w miejsce zasobne w wodę i zwierzynę w lasach, osiedlali się w pobliżu szlaków handlowych, budowali swe domy zauroczeni pięknem krajobrazu lub żyznością gleby. Żaden z powyższych warunków (może oprócz zwierząt w lasach, szczątkach dawnej Puszczy Sandomierskiej) nie został spełniony przy powstawaniu jednego z najmłodszych miast w Polsce – Stalowej Woli.
Trzeba było mieć iście stalową wolę, energię i zapał, aby w rejonie, skąd wszyscy uciekali, gdzie tylko się da, zacząć budować miasto. Inicjatorem był inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, który w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego w 1937 roku rozpoczął budowę huty, zakładów ciepłowniczych i jednocześnie osiedli dla pracowników, z których powstało nowoczesne, dziś 70-tysięczne miasto. Liczba ta jest raczej oficjalna niż prawdziwa, gdyż spora cześć mieszkańców Stalowej Woli to ludzie, którzy są, byli lub właśnie się wybierają za granicę. Kierunek tych wojaży jest niezmienny od lat – USA, dlatego decyzja, że niedaleka (ok. 65 km) prowincjonalna Jasionka, z małym szkoleniowym lotniskiem Politechniki Rzeszowskiej, od maja tego roku stanie się portem międzynarodowym obsługującym loty do Nowego Jorku i Chicago, właściwie nikogo nie zdziwiła…Moje miasto kwitło wraz z hutą, która w latach 70. pokrywała blisko 50 procent zapotrzebowania rynku krajowego na specjalistyczne maszyny do robót ziemnych i transportowych. Z tego okresu pamiętam, jak po godzinie 15:00, po otwarciu bramy, wyjeżdżały całe peletony, setki, może nawet tysiące ludzi wracających do domów na rowerach. Za nimi dziesiątki autobusów pracowniczych rozjeżdżających się na rogatkach do pobliskich wiosek. Chodniki wypełnione pieszymi. Muzyka i ogłoszenia pracownicze z megafonów na słupach. Pierwsza, druga, trzecia zmiana, kilkanaście tysięcy ludzi, swoiste miasto w mieście. Wtedy też było to jedno z niewielu miast, w którym można było po kilku miesiącach pracy dostać mieszkanie, pod warunkiem jednak, że było się specjalistą poszukiwanym przez hutę. Bardzo wielu młodych ludzi po studiach z całego kraju zjeżdżało wówczas do Stalówki. Całe bloki zamieszkiwali pracownicy jednego wydziału czy biura. Ciągle brakowało przedszkoli, żłobków i szkół oraz towarów w sklepach, szczególnie po całkiem dobrych premiach. W tym też czasie powstał jeden z największych bazarów w południowo-wschodniej części kraju. Do dziś można na nim kupić wszystko, kiedyś oferowano nawet działki na Księżycu.
Stalowa Wola w swojej ekspansji wchłonęła najpierw malutką flisacką wieś Pławo, potem w 1973 roku Rozwadów, niegdyś samodzielne miasto, założone w 1690 roku na mocy przywilejów lokacyjnych Jana III Sobieskiego. Pierwotnie należało do Gabriela Rozwadowskiego, potem do przybyłych tu w połowie XVII wieku Lubomirskich, którym zawdzięczamy między innymi klasztor oo. Kapucynów, wybudowany w ciekawym toskańsko-umbryjskim (odmiana baroku) stylu. Każdego roku, podczas Letnich Koncertów Festiwalowych, jego mury rozbrzmiewają muzyką organową w wykonaniu największych światowych wirtuozów.
Lubomirskim z linii rzeszowsko-rozwadowskiej zawdzięczamy również zamek, właściwie pałac, powstały w okresie wczesnogalicyjskim, zgodnie z ówczesną modą wzorowany na neoklasycyzmie. Przechodząc różne koleje losu budynek przetrwał wojnę i miał sporo szczęścia, gdyż po jej zakończeniu nie przerobiono go, jak wiele mu podobnych zabytków, na stajnie dla koni, spichlerz w PGR czy skład maszyn rolniczych, ale zaraz po opuszczeniu gmachu przez wojska sowieckie powstało tam najpierw Miejskie Prywatne Gimnazjum Ogólnokształcące, potem kolejno liceum i szkoła podstawowa. Obecnie w pięknie odrestaurowanym pałacu mieści się, niezwykle prężnie działające, Muzeum Regionalne. Mam nadzieję, że ostatnia, żyjąca na Maderze, potomkini rodu Jolanta Lubomirska kiedyś przyjedzie w rodzinne strony…
Skromne zabytki Stalowej Woli wzbogaca kapliczka św. Nepomucena, czczonego jako obrońcę przed kataklizmami, w tym przypadku przed wylewami kapryśnego Sanu. Kapliczka przetrwała liczne dziejowe zawieruchy. Największe zagrożenie nastąpiło w czasach PRL-u, ponieważ na jej miejscu planowano postawienie kiosku z piwem. Święty i przed tym ludzkim tym razem żywiołem jakoś ją wybronił. Niezwykła legenda związana jest również z obrazem Matki Bożej Szkaplerznej w rozwadowskiej farze. Cudownie dwukrotnie ocalony, ponoć otacza niezwykłą mocą miejsce, w którym jest i ludzi w potrzebie. Trzy księgi – wot, kronik i łask – zawierają fakty na temat wydarzeń z lat 1748-85 z licznymi przypadkami cudownych uzdrowień i łask.
W młodszej części miasta jedynym zabytkiem jest drewniany kościółek św. Floriana, patrona hutników. Jego historia w Stalowej Woli zaczyna się w momencie, kiedy podczas okupacji niemieckiej wydano zgodę na przewiezienie rozebranej w Stanach (pobliska wieś, ciekawe skąd nazwa?) świątyni. Montaż zajął kilka miesięcy. W latach późniejszych dobudowano ganki, ściany pokryto belkami i stworzono nowy ołtarz. Do dziś drewniana budowla zadziwia pięknem wśród betonowych bloków z wielkiej płyty. W latach 90. miasto wzbogaciło się o kilka pomników: Chrystusa Króla, Papieża Jana Pawła II oraz założyciela miasta Eugeniusza Kwiatkowskiego, ale moim zdaniem najbardziej zadziwiający jest Kamień Życzliwości, głaz ustawiony przed budynkiem urzędu miasta. Przywieziony z chłopskiego pola z Gwoźdźca, ma symbolizować przełom stuleci, przypominać o wartościach, których nie można zagubić, mających trwać jak ta opoka. Każdego roku przy głazie ustawiany jest brązowy odlew dłoni jednego z mieszkańców miasta, któremu został przyznany honorowy tytuł Życzliwego Roku.
Jeszcze nie tak dawno, gdy mówiłam, że jestem ze Stalowej Woli, wielu rozmówców z radością wykrzykiwało: a wiem, to tam urodził się Fryderyk Chopin! Dziś coraz rzadziej mi się to zdarza, pewnie również dlatego, że coraz więcej znanych np. z mediów postaci przyznaje się, że urodziło się w tym mieście. Jedną z nich jest niezwykle popularna dziennikarka telewizyjna Elżbieta Jaworowicz, która prowadzi od lat cieszący się ogromną oglądalnością program „Sprawa dla reportera”.
Każdego roku bardzo spektakularnie, własnym śmigłowcem, przylatuje do miasta inny stalowowolanin Zbigniew Niemczycki, prezes i założyciel Curtis Group, działającej w wielu branżach (między innymi farmaceutycznej, deweloperskiej i hotelarskiej. Wiceprezes rady głównej Bussines Center Club mieszkał kiedyś przy mojej ulicy. Każdego dnia przygotowując posiłki w kuchni czy będąc w ogrodzie widzę jego rodzinny dom.
Do kolejnego, młodszego pokolenia, które rozsławiło miasto, należy pisarka Izabela Sowa. Debiutowała bardzo udanie w 2002 roku „Smakiem świeżych malin”. Jej owocowa seria, do której należą również: „Cierpkość wiśni”, „Herbatniki z jagodami” i „Zielone jabłuszko” to niezwykle ciepłe opowieści o losach jej rówieśników, 30-latków, celnie – z racji wykształcenia autorki – pogłębione psychologicznie. Czyta się je jednym tchem, szczególnie w letnie wieczory, gdy wokół wszystko pachnie, a pod ręką ma się drożdżowe ciasto z owocami…
Równie ciekawą postacią jest Omar Sangare, absolwent Warszawskiej Akademii Teatralnej. Pod względem artystycznym podopieczny Andrzeja Wajdy i Tadeusza Łomnickiego, znany widzom w Polsce i za granicą (na Manhattanie z ogromnym sukcesem wystawił wyreżyserowaną i napisaną przez siebie sztukę „Julia”, w Nowym Jorku właśnie, publiczność nagrodziła go tytułem Najlepszego Aktora). Jego dorobek artystyczny wzbogacają zbiory poezji, felietony, scenariusze oraz opowiadania: „Bajki dla Starego Konia”. Gdyby ktoś z czytelników spotkał Omara, proszę mu wspomnieć, że w jego rodzinnym mieście wciąż czeka na niego autorka tego artykułu, której w przedszkolu ślubował dozgonną miłość i oświadczył się z bukietem stokrotek. Jako dowód mogę przedstawić laurkę z wielkim sercem, autografem i papierkiem od lizaka, który zjedliśmy wówczas wspólnie, pieczętując zaręczyny.
Bardzo znana ze swojej artystycznej działalności w Stalowej Woli jest rodzina Steczkowskich. Największą karierę zrobiła Justyna, ale ponieważ niesamowity potencjał drzemie w każdym z jej członków, myślę, że nie jest to ich ostatnie słowo. Justyna Steczkowska piosenką „Buenos Aires” brawurowo wygrała „Szansę na sukces”. Idąc za ciosem zwyciężyła w Konkursie Debiutów w Opolu, potem wygrała Festiwal Państw Bałtyckich w Karlsham, reprezentowała Polskę podczas Eurowizji w Dublinie. Artystka obdarzona jest rzadką, ponadczterooktawową skalą głosu, śpiewa również w języku jidysz, po hebrajsku i aramejsku.
Nie mam złudzeń, że kiedykolwiek znajdę się w encyklopedii, gdyby jednak tak się kiedyś stało, to chyba tylko pod hasłem: „wredni nauczyciele sławnych i bogatych”. Tak bowiem dość niefortunnie, od zawieszenia go w prawach ucznia na jeden dzień, zaczęła się moja znajomość z Maciejem Zakościelnym, wówczas moim uczniem, obecnie najprzystojniejszym aktorem młodego pokolenia, nazywanym polskim Bradem Pittem. Z czasem, początkowo lodowate stosunki między nami wyraźnie się ocieplały, a Maćka po prostu nie dało się nie lubić. Bardzo się cieszę widząc kolejne produkcje serialowe („Kryminalni”, „Samo życie”, „Plebania”, „Na dobre i na złe”) oraz filmowe („Stara baśń”, „Tylko mnie kochaj”, „Dlaczego nie!”), w których jest niekwestionowaną gwiazdą. Chętnym pokazuję również historyczną już dziś kasetę z nagraniem przedstawienia, które reżyserowałam, gdzie właśnie jedną z głównych ról grał Maciek. W pewnym sensie był to jego debiut sceniczny. Może się okazać, że mam „szczęśliwą rękę”, gdyż kilka lat później kolejny uczeń Paweł Maryniak grał w moim szkolnym przedstawieniu, a obecnie studiuje aktorstwo u państwa Machulskich i mam nadzieję, że on też zrobi taką błyskotliwą karierę.
Być może moje miasto nie jest najpiękniejsze, nie posiada szczególnych zabytków, walorów krajobrazowych, brakuje w nim prawdziwego teatru i miejsc rozrywki. Nie jest już, niestety, tak bardzo atrakcyjnym miejscem dla szukających pracy jak kiedyś, chociaż istnieją duże szanse na zmiany, dzięki włączeniu go do Specjalnej Strefy Ekonomicznej Euro-Park WisłoSan. Ale posiada jeden niezaprzeczalny atut – są nim ludzie, którzy się tu urodzili, wykształcili lub zamieszkali. Wielu z nich wyruszyło w świat w poszukiwaniu chleba, nauki, przygód, nowego życia. Niektórzy powrócili, inni zostają i gdzie indziej zapuszczają korzenie, ale wszędzie, gdziekolwiek by nie byli, dadzą sobie radę, bo łączy ich jedno – ich niezłomna, stalowa wola.
Bardzo sie ciesze, ze ktos napisał taki fajny tekst,o moim miescie, a przede wszystkim ludziach, bo oni go tworza! Pozdrawiam autorke, pania Wermińska,uczyla moich kuzynów - chyba niczego ze szkoly tak nie pamietają jak literatury.Pozdrawiam wszystkich czytajacych i zapraszam do stalowowolskiego grodu.
Nie da sie ukryc,ze w tej chwili ocieram lezke tesknoty za miastem ,w ktorym spedzilam pierwsze 18 lat swojego zycia.Chociaz dzieli mnie ocean ,dzieki cieple tego artykulu i uroczym zdjeciom przenioslam sie do "Stalowki".
DZIEKUJE!!!!!!
Bardzo miło sie czyta takie artykuły w szczególności jeśli pisze je tak wspaniała osoba jak Pani Beata, moja wychowawczyni z liceum. Pani Beato bardzo sie ucieszyłem że znalazlem jakiś ślad Pani działalności. Chciałem jeszcze tylko dodać że była Pani najlepszą wychowawczynią a lata spędzone w liceum oraz lekcje języka polskiego pamiętam do dziś.
Pozdrawiam serdecznie
Artykuły z numeru:
NR 10 WIOSNA 2007
- Ależ tu brzydko! - Jan Latus
- Audi - Marek Siodłoczek
- Dom pełen muzyki - Aneta Sadowska
- Gdy przyjdą partacze - Tomasz Deptuła
- Kapitalne przeróbki - Józef Kołodziej
- Korkowa podłoga - Małgorzata Sulewska
- Królewska Warszawa ...nad rzeką Passaic - Janusz M. Szlechta
- Multimedialny chaos - Mirosław Waluś
- Nowojorskie kwatery Jerzego Waszyngtona - Halina Niedzielska
- Oczko z pawiego ogona - Ewa Sukiennik-Maliga
- Ogród w łazience - Małgorzata Sulewska
- Polski mebel to dobry mebel - Jolanta Wysocka
- Płyty kuchenne - Aneta Sadowska
- Skrzydlaci przyjaciele - Małgorzata Sulewska
- Stalowa Wola - Beata Wermińska
- Sztuka maksymalna - Czesław Karkowski
- Zabawa w kolory - Agata Ostrowska-Galanis
- Zapach prażonek - Zdzisława Moskwińska
- Ziemski raj - Katarzyna Zalewska









