Czwartek, 24 lipca 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007
Ocalić od zapomnienia
Dom stoi taki sam, jak przed laty. Z jednej strony otoczony wiśniowymi drzewami, z drugiej rzędem jesionów. Nie ma tylko rozłożystego kasztanowca, pod którym jadaliśmylatem obiady.
Dziadek Franciszek nie oszczędzał sił swoich i dzieci, gdy szło o uprawę ziemi. Jego jedyny syn i cztery córki posłusznie wychodzili w pole przez całe swoje dzieciństwo i wczesną młodość. Potem jednak okazało się, że ciekawi ich daleki świat, który po kolei wyciągał do nich ręce i odrywał od rodzinnych stron. Ale nawet gdy już wszyscy opuścili dom, a sił dziadkowi ubywało, to nadal z chłopskim uporem trzymał się swoich pól uprawnych, ciągnących się od domu, daleko, aż po wzgórze porosłe brzozami.
Dziadek Franciszek i babcia Marianna stanowili kontrastową parę. On – wysoki, barczysty, lekko przygarbiony, bo przecież ciągle pochylał się ku niej – drobnej, niewysokiej, o pięknej, dobrej twarzy, okolonej delikatnymi włosami upiętymi na karku. On – z tubalnym głosem o władczych nutach, ona – cicha, spokojna, niemal bezszelestnie krzątająca się wokół swoich domowych obowiązków.
Podział ról w gospodarstwie dziadków był ustalony i niezmienny. Babcia zajmowała się domem, sadem, ogródkiem, warzywnikiem i drobiem, do dziadka zaś należały pola, łąki, konie, krowy. Do wszelkich nowinek gospodarczych dziadek przekonywał się bardzo powoli. Pamiętam, jak w tajemnicy mama z siostrami zamówiły kombajn do ścięcia żyta, a potem z niepokojem oczekiwały dziadkowej reakcji. On zaś w końcu pogodził się z tym, że jego pole przemierza bezduszna maszyna, zamiast konnej snopowiązałki z nim na siedzeniu, doglądającym gospodarskim okiem postępującej pracy.
Często zwracał wówczas oczy ku domowi, jego dumie, który budował z myślą o następcach mających przejąć to, co stanowiło dla Franciszka esencję i sens jego życia – ziemię. To dla niej poświęcał wszystko, ona była w jego życiu najważniejsza. Odziedziczył ją po ojcu Marcinie wraz z domem, który wkrótce stał się za mały, gdy wprowadził do niego żonę i zaczęły rodzić się dzieci. Do budowy nowej siedziby zabrał się w 1933 roku z rozmachem. Powstawała odmienna od okolicznych domów, obszerna, z gankiem od frontu – wejściem dla gości, podjazdem, zabudowaniami gospodarczymi z tyłu, ustawionymi w czworobok, z kuźnią usytuowaną najbliżej. Domownicy, po kamiennych schodach od szczytu, wchodzili do sieni, z której – obok drzwi do kuchni – wiodły stopnie na strych. Stał tam warsztat tkacki, na którym babcia Marianna tkała płótno: grubsze na worki i na sienniki, cieńsze na prześcieradła, a w czasie wojny również na ubrania. Z sieni wchodziło się także do kuchni, obszernej, z dużą płytą kuchenną, z piecem do pieczenia chleba, ścianą kaflową i stojącą obok ławą. Królował w niej przepastny kredens i masywny, prostokątny, drewniany stół. To tutaj babcia spędzała najwięcej czasu, krzątając się wokół garnków z jedzeniem, przygotowywanym dla pracujących w polu, szczególnie obfitym podczas żniw i wykopków. Około południa schodzili się wszyscy do domu i gromadzili wokół rodzinnego stołu. Przy nim na szlabanku siadał dziadek, tu także odpoczywał, słuchając radia, lub drzemał po obiedzie. Babcia zaś często siadała na krześle przy oknie, na parapecie którego stały doniczki z czerwonymi pelargoniami. Lubiła kwiaty, więc z upodobaniem pielęgnowała fikusy o sztywnych, podłużnych liściach, oleandry z drobnymi różowymi kwiatkami i wielkie donice asparagusów. Towarzyszył jej wszędzie kot Maciek. Dożywał już sędziwego kociego wieku i znać było, że doświadczył w życiu niemało. Na pewno stoczył niejedną ostrą walkę, bowiem widział tylko na jedno oko, nad którym sterczało postrzępione białe ucho, chodził zaś w dziwacznych podskokach z powodu przetrąconej tylnej łapki. Jak w każdym porządnym gospodarstwie był jeszcze pies Burek, rzeczywiście bury, z białą łapką i białym kosmykiem na ogonie. Nie mógł on jednak wchodzić do domu i tylko czasami, gdy zjeżdżała się rodzina, udawało mu się przemknąć do kuchni, skąd zaglądał do pokoju zwanego gościnnym. Tutaj przy okrągłym, rozsuwanym stole siadaliśmy do uroczystych posiłków z okazji świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy czy odpustu św. Antoniego w czerwcu. Babcia Marianna wyjmowała wówczas ze stojącego w rogu kredensu z kryształowymi szybkami świąteczną zastawę, piękne talerze ze złotą obwódką i namalowanymi w środku postaciami pań w krynolinach i panów w ozdobnych surdutach. W kryształowym lustrze zawieszonym nad etażerką z marmurowym blatem odbijała się jej postać krzątająca się między kuchnią, spiżarnią a pokojem gościnnym. Latem dla ochłody goście i domownicy, przez niewielki przedsionek, mogli wyjść na ganek, a z niego wprost do ogródka, ulubionego miejsca babci, która z upodobaniem sadziła pod ścianą domu malwy, "smolinosy" i "złote kule", tuż przy ganku "pantofelki Matki Boskiej", floksy, zwane wieczernikami, na okrągłych klombach rozłożyste czerwone piwonie oraz lwie paszcze, astry, zaś pod płotem wysokie białe lilie. Wieczorem pod oknami pachniała maciejka, gdy babcia Marianna w alkierzu rozściełała łóżko przykryte utkaną przez nią bordową narzutą. Tam małżonkowie klękali przed obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus (Karmiącej, żeby nigdy w domu nie było głodu) do pacierzy, a potem omawiali plan następnego dnia oraz inne bieżące sprawy. Często też zdarzało się, że dziadka usypiał monotonny stukot maszyny do szycia, ustawionej w rogu sypialni, na której jego żona wieczorami szyła ubrania dla dzieci, obrusy, firanki czy pościel.
Najważniejszy w domu był tzw. duży pokój z czterema oknami zastawionymi asparagusami i pelargoniami. Stało tam jesionowe łóżko przykryte wełnianą kapą, utkaną przez babcię na krosnach, ze stosem poduszek z falbanami i wstawkami z koronki. Dumą gospodyni była pięknie rzeźbiona szafa z kolumienkami, w której przechowywała świąteczne ubrania i zimowe okrycia. Wnętrze jej pachniało naftaliną i wszystkie trzymane palta późną jesienią wietrzono w ogrodzie, by pozbyć się tej woni, zanim się je włoży.
W tym pokoju odbywały się potańcówki dla okolicznej młodzieży. Przesuwano wówczas meble, zwijano chodniki, na ławie zasiadali dwaj muzykanci, jeden z harmonią, drugi ze skrzypcami, i wygrywali walczyki, polki lub popularne wówczas przeboje. Pod ścianami, patrząc na bawiące się latorośle, siedziały matki i ojcowie. Cały dom tętnił gwarem młodych głosów, które niosły się po ogrodzie i całym gospodarstwie.
Z czasem jednak dom zaczął pustoszeć, dzieci wyjeżdżały do szkół i chociaż spędzały tu wakacje, to wracały do swoich spraw, jakże już odmiennych od świata rodziców. Na próżno Franciszek zachęcał syna i córki do przejęcia gospodarstwa. Zdobywszy wykształcenie, które otwierało przed nimi różne możliwości zawodowe, nie chcieli już uprawiać ziemi. Ich mieszkania, chociaż mniejsze, miały gazowe kuchnie i piecyki, bieżąca woda i łazienki pozwalały zapomnieć o tej noszonej latem i zimą ze studni. Kaloryfery ogrzewały pomieszczenia bez potrzeby gromadzenia zapasów węgla. Tylko miłość do rodziców i sentyment do rodzinnej siedziby sprawiały, że dom ożywiał się jeszcze, gdy wnuki gwarem swoich głosów przerywały codzienną ciszę podczas świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, a przede wszystkim w wakacje. Jakże lubiłam te zjazdy, dni spędzane z ciotecznym rodzeństwem, zabawy w ogrodzie, pomoc w pracach gospodarczych, ubijanie masła w maselnicy, ujeżdżanie starego konia dożywającego swych dni w sadzie, jedzenie chleba ze smalcem wyjmowanym z kamionki, a na dobranoc słuchanie bajek opowiadanych przez najmłodszą z dziadkowych córek o Tomciu Paluchu czy królewnie zaklętej w żabkę.
Odwiedzałam babcię i dziadka często, bowiem najstarsza z córek, czyli moja mama, nie odjechała tak daleko, jak siostry i brat. Przez wszystkie pory roku obserwowałam zmiany zachodzące w gospodarstwie, związane z nimi prace. Wiosną widziałam, jak zieleniły się pierwsze kwiaty w ogrodzie i jak wschodziły zasiane ziarna na dziadkowym polu. Latem brałam udział w trudzie żniwiarzy i niepokoiłam się wraz z nimi nagłymi, niekorzystnymi zmianami pogody. Jesień witała nas sadem ciężkim od jabłek, gruszek i śliwek. Z zaciekawieniem i zapałem pomagałam przygotowywać przetwory na zimę – powidła śliwkowe, gruszki w syropie, soki z wiśni i malin.
Najbardziej lubiłam właśnie zimę z jej długimi wieczorami, w czasie których usadowiona na ławie pod kaflową ścianą ciepłego pieca zachęcałam babcię i dziadka: "Opowiadajcie, jak to dawniej było". I słuchałam opowieści o dwóch braciach, którzy kochali się w tej samej dziewczynie, o śmierci Kazimierza, młodszego brata dziadka, którego przysypała ziemia podczas kopania studni, o bracie babci Władysławie, żołnierzu z Westerplatte, o ucieczce z domu przed Niemcami, którzy w nim urządzili sobie kwaterę. O tym, jak stryj dziadka, kowal z zawodu, wykuł wielkie dwa krzyże i instalował je wraz z Franciszkiem, w asyście mieszkańców z okolicznych wsi, na sięgających nieba wieżach nowo wybudowanego kościoła.
Jednostajnie stukał pedał kołowrotka, na którym babcia Marianna przędła wełnę, mruczał kot, na płycie kuchennej stał garnek z krupnikiem, na stole na półmisku piętrzyły się posypane cukrem pudrem drożdżaki, zwane przeze mnie bałabuchami… Takiej ciszy i spokoju nie doświadczyłam już nigdy w moim życiu, które w miarę upływu lat zaczęło nabierać coraz większego przyśpieszenia.
Odchodzi w zapomnienie świat moich dziadków i mojego dzieciństwa. Nikt już nie piecze chleba na liściach łopianu, nie zbierają się kobiety w zimowe wieczory na darcie pierza, nie ma wspólnego szatkowania kapusty do kiszenia w beczkach. Świat toczy się inną drogą.
Pozostał album ze zdjęciami i wspomnienia.
Chciałabym, żeby moi synowie, którzy rosną na amerykańskiej ziemi, chociaż cząstkę tego, co przeminęło, zachowali w swej pamięci. Nie budujemy już domów dla swych następców, żyjemy teraźniejszością, rozglądamy się niecierpliwie, w którą stronę porwie nas wir pośpiesznego życia. Jesteśmy jak wędrowne ptaki, które przysiadły na moment, gotowe jednak w każdej chwili zerwać się do lotu…
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu!
Artykuły z numeru:
NR 1 ZIMA 2005
- Choinkowe rytuały - Ewa Kern-Jędrychowska
- Dom malowany jak obraz - Agata Ostrowska-Galanis
- Dom pełen muzyki - Jan Latus
- Komu pożyczkę? -
- Kwiaty dla zapracowanych - Małgorzata Sulewska
- Mała czarna - Aneta Sadowska
- Miłość od pierwszego wejrzenia - Marek Siodłoczek
- Narty i snowboard z klasą - Tomasz Deptuła
- Nowojorski spacer w różnych nastrojach - Halina Niedzielska
- Ocalić od zapomnienia - Jolanta Wysocka
- Phoenix powstały z Piasków - Ewa Sukiennik-Maliga
- Piotrkowska i okolice -
- Quchnia - Małgorzata Mosiej
- Sagamore Hill - siedziba Theodore'a Roosevelta - Jolanta Wysocka
- Tanie M -
- Wigilia tradycyjna, ale... -
- Łazienkowe szaleństwa - Izabela Lasler
Najczęściej czytane
Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych
sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK



