Dom malowany jak obraz
Kamienica przy West End Avenue na nowojorskim Manhattanie urzeka elegancją i wyciszonym stylem lat 30. Ceglana kostka, białe misterne grawerunki, stylowe wejście w kształcie rozety i zabytkowa, ręcznie sterowana winda stwarzają niepowtarzalny klimat przeszłości.
To właśnie tu, w starej kamienicy nad Hudsonem dwójka zakochanych w swoim mieście nowojorczyków odnalazła własne miejsce na ziemi.
Felicja Rogawska-Milewicz, redaktor naczelna do spraw urody i zdrowia znanego miesięcznika "Glamour" i Marek Milewicz, były model Yves Saint Laurenta, obecnie wzięty agent znakomitych fotografików, marzyli o domu z charakterem. Najchętniej z początku ubiegłego wieku, z grubymi ścianami i drewnianym obelkowaniem, jakie bywało ozdobą szlacheckich dworków. Kamienica przy West End Avenue zachwyciła ich od razu. Niby miasto, a za oknami rzeka Hudson i stukot jadących w stronę Central Parku dorożek. To dawało poczucie wyciszenia i izolacji.
Poznali się w Nowym Jorku. Fela przyjechała tu z rodziną w latach 60. Podjęła pracę w wydawnictwie Conde Nast, w magazynie "Mademoiselle", jako "podsekretarka". "Byłam na usługach redaktorek. Robiłam wszystko – odbierałam telefony, parzyłam kawę, odnosiłam pranie, nawet woziłam ich zwierzęta do weterynarza. Taka dziewczyna do wszystkiego" – wspomina dziś z uśmiechem. Jedna z redaktorek, Andrea Robinson, dziś światowy prezydent Designer Fragrances Ralph Lauren, wprowadziła Felę w tajniki pracy w mediach. "Nauczyłam się od niej wszystkiego, włącznie z angielskim. Zagrałam na jej platonicznej miłości do Polańskiego. Powiedziałam, że go znam, i od ręki dostałam pracę. Nasza przyjaźń trwa do dziś".
Praca w Conde Nast stała się wielkim wyzwaniem i niebywałym sukcesem. W czasach, gdy zatrudniano tam wyłącznie córki szefów wielkich firm i korporacji, młoda emigrantka z Polski była postrzegana jako nieporozumienie. Awansowała jednak szybko. Z sekretarki stała się redaktorem do spraw modelek. "Miałam dobre oko do wypatrywania nietypowej urody. Odkrywałam dziewczyny na ulicy, w kioskach, sklepach i wysyłałam do najlepszych nowojorskich agencji mody: Ford, Wilhelmina, Elite. Tak narodziła się między innymi gwiazda Pauliny Porizkowej". Po kilku fascynujących, spędzonych w świecie mody latach przyszło kolejne wyzwanie – Dział Urody. Została szefową. Kosmetyki jej nie interesowały, nie wiedziała, na czym polegają operacje plastyczne i zabiegi upiększające. Na szczęście, jako znakomita przedstawicielka rodziny hipochondryków, znała się na zdrowiu. Połączyła znane z nieznanym i jako pierwsza kobieta w mediach prasowych stworzyła dział Urody i Zdrowia. Wkrótce za jej przykładem podążył cały świat kobiecej prasy.
Trzy lata temu chciała odejść, przejść "na drugą stronę" biznesu, do kompanii kosmetycznych. "Praca w 'Mademoiselle' znużyła mnie. Magazyn stracił ostrość i kierunek. Tak naprawdę nie wiedziałam, do kogo adresujemy nasze artykuły. W tak kulminacyjnym dla mnie zawodowo momencie pojawiła się propozycja z 'Glamour'". Trzy miesiące po odejściu Feli zamknięto "Mademoiselle". "Wszyscy myślą, że to przeze mnie" – uśmiecha się, mrużąc filuternie oko. Magazyn przetrwał 60 lat. Początki w "Mademoiselle" Fela wspomina z sentymentem. Zwłaszcza moment, gdy poznała Marka. "Szukałam modela do sesji zdjęciowej, gdy zadzwonił telefon: w Chicago jest fantastyczny Polak z paryskim doświadczeniem, na pewno ci się spodoba, namawiał przyjaciel. Polak nie Polak, co za różnica, przecież model i tak się nie odzywa" – myślałam. Przyszedł do redakcji w wielkiej futrzanej czapie, piękny, postawny, prawie szlachecki. Najpierw zakochałam się w tej czapie, potem w nim". Pobrali się po trzech miesiącach znajomości, a pokochali miłością na tyle silną, że pozwoliła im zapomnieć o przeszłych nieudanych małżeństwach.
Zaczynali skromnie, od jednej sypialni na 35 Ulicy na Manhattanie. Tam, w jednym pokoju, stworzyli dom i zalążek firmy Marka. Dziś Marek & Associates zatrudnia dziesięciu pracowników i jest jedną z największych i najbardziej prestiżowych agencji fotograficznych w Ameryce. "Pamiętam nasze rozmowy o przyszłości, rodzinie, dzieciach. Do macierzyństwa miałam wiele zastrzeżeń. Przerażała mnie odpowiedzialność, obawa przed ciągłym zamartwianiem się o drugą osobę, brak finansowej stabilizacji. Marek mówił: nie przejmuj się, jak zabraknie pieniędzy, będę sprzedawał hamburgery na ulicy. Po dwóch latach urodził się Jasiek". Niewiele później Milewiczowie stali się mistrzami swoich profesji, zyskując powszechny aplauz i szacunek. Wtedy też odkryli West End Avenue, gdzie wśród bliskich sobie sprzętów i barw stworzyli dom swoich marzeń.
W zaprojektowaniu pomogła znakomita nowojorska designerka Dorota Wnuk. "Zastałam wiejską realność na Manhattanie. Miałam wrażenie, że Milewiczowie chcieli nadać tej realności ponadczasowy, powiedziałabym nawet, arystokratyczny wymiar".
Zaczynali bez generalnego planu. Wiedzieli tylko, że będą robić jedno pomieszczenie rocznie. To zawsze wiąże się z wakacjami lokatorów. Łatwiej pracować, gdy budynek pustoszeje i nikomu nie przeszkadza stukanie młotka. Poza tym zimą lepiej malować ściany, bo i farba nie wysycha za szybko i wentylacja jest odpowiednia.
"W przypadku Feli i Marka miałam wrażenie, że mieszkanie powinno mieć wygląd stary, wypłowiały, nie z tego świata. Może właśnie dlatego zdecydowali się na przydymione oświetlenie? W czasie naszych rozmów używali słów 'to jest piękne', 'nastrojowe', 'stare'. Wtedy wiedziałam, że zauważają piękno w rzeczach zjedzonych czasem i przeżyciami duchowymi. Nie przypuszczałam jednak, że i mnie mieszkanie to przypomni z czasem stary obraz...".
Najpierw zrodził się pomysł na zasłony w jadalni i amfiladzie. Miały być jasnozielone, ciężkie i... wypłowiałe. Mimo wielu poszukiwań niełatwo było znaleźć materiał, który od razu wyglądałby na nadszarpnięty zębem czasu. Postawili na naturę i indyjski jedwab. Z pastelowej tkaniny uszyto zasłony, tak jak zwykle robiono w starej Anglii. Klasyczna windsorowska zasłona składała się z trzech zszywanych ręcznie warstw; dzięki tej metodzie szew w miejscu połączenia materiałów był niewidoczny. Na zewnątrz był jedwab, w środku flanela, stwarzająca wrażenie grubości i miękkości, od spodu płótno. U Feli i Marka jest ono żółte, bo ten kolor znakomicie harmonizuje z zielenią materiału. Po dwóch miesiącach cierpliwość gospodarzy została nagrodzona. Pod wpływem światła i słońca jedwab wypłowiał.
Wtedy pomalowali przedpokój. "Ludzie najczęściej decydują się na mieszkania monochromatyczne i niezobowiązujące dopasowywanie przedmiotów. Jest to znacznie prostsze, z prawdziwym projektowaniem nie ma jednak nic wspólnego" – twierdzi Dorota Wnuk. Ściany u Milewiczów są barwne. Aby zachował się w nich ślad przeszłości, malowano je metodą wyciskową. Używano farb w tubach, takich samych, jakimi artyści malują obrazy. Na początku przygotowano płynną miksturę, przypominającą zabarwioną wodę, opartą na oleju i terpentynie. Tę nakłada się pędzlem, a następnie zdejmuje przez wyciskanie pieluchową szmatką. Malując ściany tą metodą należy pracować zdecydowanie. Farba schnie bardzo szybko. Raz zdjęta??? pozostaje. Ściany takie łatwo utrzymać w porządku. Jak olejny obraz, idealnie zmywa się je wodą. Tak powstał przedpokój szarozielono-niebieski. Z sufitem w kolorze zgasłej sepii i czerwonym pasywem, który zdecydowaną linią odcina się od jednolitych ścian. Po raz kolejny potwierdziła się reguła, że dzięki kolorom wykrywamy iluzyjną przestrzeń starego czasu, wspomnień i podświadomości. Wtedy mieszkanie ma jakość teatralnej iluzji. Jest sceną pełną przedmiotów, których jakość sama w sobie nie ma znaczenia. Liczy się ich dusza.
W salonie ryzykiem było wszystko, bo sąsiednie pokoje raziły jeszcze białą pustką ścian. Zamierzenie czy nie, stał się najcieplejszą częścią domu. Może za sprawą południowego słońca, a może kolorów, w które ubrano ściany i sprzęty. Przeważa w nim żółty i pomarańcz, choć sofa obita malinowym wytłaczanym w kwiaty aksamitem i pasiasty fotel łamią regułę. Przy projektowaniu pokoju inspiracją był wielki pocerowany dywan. Jest w nim przecież wszystko – i te żółte ściany, i wino kanapy, beżowy kolor zasłon, a nawet niebieski, który użyto do pomalowania nadokiennej belki. Barwy późnego lata to ulubione kolory Feli. Może dlatego tak lubi tu przebywać. Wtula się w kanapę z zielonego pluszu i przegląda żurnale. Salon zaskakuje różnorodnością sprzętów, które, o dziwo, wspaniale współgrają. Proste szafy przywiezione przez Marka z północnej części stanu Nowy Jork nie kłócą się z wyszukaną elegancją krzeseł w stylu Ludwika XIV. Drewniana skrzynia na środku pokoju jest tylko komplementem dla okazałej sofy pokrytej wspomnianym już wiśniowym aksamitem. W całym domu w takim kolorze są tylko dwa meble. Sofa i fotel. Kupienie odpowiedniego materiału do ich obicia zajęło wiele miesięcy. W końcu gospodarze znaleźli tkaninę drogą, lecz znakomitej jakości. Tylko taka będzie się ścierać w sposób, w jaki zaplanowano.
Po skończeniu salonu powrócono do jadalni. Ze względu na wielość detalu była najtrudniejszym do zrobienia pomieszczeniem. Gospodarze chcieli, by był to pokój najbardziej naturalny barwą i kształtem. Szarobura ściana, gzymsy w kolorze słońca, belki w delikatnym odcieniu ziemi. Ponad podłogą zdecydowano się na mały eksperyment, który okazał się dużym sukcesem. Szlaczek z dużych brązowych kwadratów znakomicie funkcjonuje w połączeniu z drewnianymi ludowymi meblami i stylizowanym arrasem zawieszonym na odrapanej belce. Jadalnia niby prosta, a pełna wyszukanego detalu. Bukiety z suszonych kwiatów i portrety góralek. Nawet w ich kolorowych serdakach znajdziemy wyblakłą zieleń zasłon.
Szarada kolorów pomogła w projekcie gabinetu Marka. Podobnie jak w salonie inspiracją był dywan. Jest w nim sporo łagodnego fioletu, stąd też odważny pomysł, by ściany pomalować na indygo i granat. "Dlaczego w takiej sytuacji nie zrobić wrzosowego sufitu?" – zastanawiała się Fela. Tak powstał sufit gładki, może nieco wiejski. Tylko w tym pokoju zostawili ludowe firanki utkane z leciwej kremowej bawełny. Gabinet to mała galeria czarno-białej fotografii. Są zdjęcia Feli, jest słynny portret Coco Chanel. Większość fotografii to prace wykonane przez artystów Marka. Głównie Deborah Tuberville. "Od początku wiedzieliśmy, że ściany gabinetu powinny być ciemne, jak w tradycyjnych angielskich domach, gdzie przeważają mocne odcienie zieleni i bogata czerwień. Dzisiaj ludzie nie lubią otaczać się ciemnymi barwami. Może boją się ryzyka? A przecież właśnie na takich tradycyjnych kolorach najlepiej wyglądają obrazy, jak w muzeum, gdzie ściany maluje się pod eksponaty" – wyjaśnia Marek. Zaprzeczeniem gabinetu jest jasna i lekka sypialnia. Gospodarze nazywają ją sypialnią Turgieniewa na cześć wielkich rosyjskich pisarzy, którzy w swoich letnich domkach mieli takie właśnie sypialnie. Pastelowe, zielono-niebieskie ściany do dziś charakteryzują wiejskie budownictwo skandynawskie. "W projektowaniu wnętrz dobór koloru jest często uzależniony od klimatu i światła – wyjaśnia Fela. – Na przekór naturze tam, gdzie światła jest dużo, jak w Grecji, ściany maluje się na biało. W krajach mrocznych przeważają kolory ciemne. Dodatkowy półmrok zyskuje się, planując małe okna. Znakomitym przykładem tego typu budownictwa są stare angielskie zamczyska".
Sypialnia Feli i Marka to jedyne miejsce w domu pomalowane tradycyjną metodą " bez wyciskania". Sypialnia – żeby zrównoważyć pałacowość innych pomieszczeń – urządzona jest "na ludowo". Na łóżku rząd atłasowych poduszek, obok szafka na kosmetyki, pomalowana "niby na prędce", nad łóżkiem Chrystus Ukrzyżowany i obrazy bez ram. Jedyny element miejski to luksusowe grube draperie w granatowo-szafirowo-fioletowe pasy, spięte po obu stronach złotymi klamrami – słońcem i księżycem. Sypialnia jest cicha. Romantyczna.
Do głównych pokoi prowadzi mały korytarz. Tam też ukrywają się wielkie szafy. Uwagę zwracają kryształowe rączki. Dawną świetność odzyskały dzięki Markowi, który je własnoręcznie polerował. Korytarz to miejsce rodzinnych fotografii. Zdjęcia współczesne i te z przeszłości układają się niczym szkła w kalejdoskopie, tworząc portret doskonały.
Dumą gospodarzy są łazienki, w których udało się zachować atmosferę lat dwudziestych. Oryginalne białe kafle, wanna, umywalka na nodze, kran wciąż z porcelanowymi kurkami, i stalowy, wbudowany w ścianę pojemnik na bieliznę z uchwytem z małej rozety. "Wszyscy lokatorzy kamienicy zdecydowali się na pomalowanie pojemnika na biało. My zrobiliśmy odwrotnie. Oskrobaliśmy go. Surowy i nietknięty współczesnością wygląda pięknie" – mówi Fela.
Nieodłączną całość z łazienką stanowi kuchnia. Podobnie jak ona cała w bieli i jak ona wyłożona białymi kafelkami. Nowoczesne sprzęty giną wśród ludowych drobiazgów. Drewniany kredens tradycyjnie zamykany na skoble, wiklinowe kosze, a w nich pękate kwiatowe bukiety, półmiski z owocami, kolorowe makatki, ręcznie haftowane ściereczki. Najnowszy nabytek to stolik-liliput, maleńkie krzesełko w kuchennym rogu i lampa, którą Fela i Marek przywieźli z Meksyku. To kuchnia z charakterem, do której idzie się, by zaparzyć filiżankę herbaty i popatrzeć na snujące się po rzece Hudson statki.
Fela i Marek są razem 25 lat. W tym roku po raz kolejny wzięli ślub, tym razem dużo bardziej romantyczny, w kościele Franciszkanów na górnym Manhattanie. Zgodnie twierdzą, że znalezienie odpowiedniego partnera życiowego to największy dar losu. Bycie z drugą osobą to wspólnie spędzany czas, to pasja, zbliżona wrażliwość artystyczna i upodobania do takich samych wnętrz i przedmiotów. Stworzenie domu, który byłby odbiciem gustów dwojga ludzi, to duża część partnerskiego sukcesu. To gwarancja, że każde z nich będzie chciało do niego wracać.
Artykuły z numeru:
NR 1 ZIMA 2005
- Choinkowe rytuały - Ewa Kern-Jędrychowska
- Dom malowany jak obraz - Agata Ostrowska-Galanis
- Dom pełen muzyki - Jan Latus
- Komu pożyczkę? -
- Kwiaty dla zapracowanych - Małgorzata Sulewska
- Mała czarna - Aneta Sadowska
- Miłość od pierwszego wejrzenia - Marek Siodłoczek
- Narty i snowboard z klasą - Tomasz Deptuła
- Nowojorski spacer w różnych nastrojach - Halina Niedzielska
- Ocalić od zapomnienia - Jolanta Wysocka
- Phoenix powstały z Piasków - Ewa Sukiennik-Maliga
- Piotrkowska i okolice -
- Quchnia - Małgorzata Mosiej
- Sagamore Hill - siedziba Theodore'a Roosevelta - Jolanta Wysocka
- Tanie M -
- Wigilia tradycyjna, ale... -
- Łazienkowe szaleństwa - Izabela Lasler







