Piątek, 29 sierpnia 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007

Phoenix powstały z Piasków


Bluberries
Godło Phoenix
Godło Phoenix


A może przeprowadzić się do Arizony? Nigdy tam nie byłam, ale bombardowana opowieściami koleżanki o urodzie tego stanu postanowiłam skorzystać z jej zaproszenia.

Jako zasiedziała nowojorczanka, przyzwyczajona do krajobrazów północnej części Wschodniego Wybrzeża, z niecierpliwością oczekiwałam spotkania z przyrodą tak dla mnie egzotyczną. Kilkadziesiąt minut przed lądowaniem na lotnisku Sky Harbor International, z okien samolotu zobaczyłam po raz pierwszy na własne oczy pustynię – Sonora Desert. I już od niej nie oderwałam wzroku...

Phoenix z lotu ptaka wygląda jak prowincjonalne miasto, niby rozłożyste (okazuje się, że jest to piąte co do wielkości miasto w Stanach!), rozlane jakby na ogromnej powierzchni, aczkolwiek okolone ze wszystkich stron górami, które wyglądają jak usypane z piasku, jakby za chwilę miały się osunąć, poruszone nieostrożną stopą wędrowca, który miał dość samozaparcia, żeby się nie wspiąć. Nic bardziej mylnego – ziemia w kolorze ni to ciemnożółtym, ni to jasnobrunatnym jest tak skamieniała, że w rzadkich momentach deszczu nie przepuszcza w głąb wody. Domy w równych szeregach, wiele wyraźnie skupionych w miniosiedlach o podobnej architekturze. Praktycznie przy każdym z nich błękitno-turkusowe oczko basenu. Całe połacie ciągle puste lub już zamienione na place budowy (Phoenix rozbudowuje się bardzo dynamicznie), ale pustynia ciągle ma to miejsce we władaniu.

Żółte placki ziemi, jak na szachownicy, są poprzetykane zielenią, ale patrząc z góry mam wrażenie, że zajmuje ona mniejszą powierzchnię i jest jakby lekko przyszarzała. Downtown Phoenix to dwa skupiska wieżowców – w sumie kilkanaście. Spoglądam z niedowierzaniem, po widoku skyline Manhattanu wyglądają śmiesznie! Stop! Nie porównywać! Czyżbym już nabrała nieznośnego zwyczaju nowojorczyków, którzy nic nie widzą dalej własnego nosa?

Lądujemy. Lotnisko, duże, ładne, tłumy ludzi. Wychodzę na zewnątrz. I nagle jak obuchem w głowę. Żar, potworny żar. 109 st. Fahrenheita. Na niebie ani chmurki. I coś w rodzaju wilgotności wyczuwalnej z każdym nabranym oddechem... Jestem zaskoczona – miało być gorąco, ale sucho – i przerażona – przecież nie po to uciekałam z wilgotnego Nowego Jorku, żeby wpaść z deszczu pod rynnę. Okazuje się, że trafiłam na sezon monsunowy, trwający mniej więcej od początku lipca do połowy września, podczas którego oprócz nieludzkich temperatur podnosi się również poziom wilgotności, burze z piorunami zdarzają się co wieczór, czasami pada też deszcz, choć niekoniecznie. Nieludzka pora dla Arizończyków – uciekają wtedy na wakacje do innych stanów, aby przetrwać najgorszy czas w bardziej sprzyjającym klimacie.

Jadę do Tempe – przedmieścia Phoenix, siedziby Arizona State University. Moje wrażenie wyniesione z samolotu trochę się zmienia – to nieprawda, że zieleni jest mało. Jest jej dużo, tylko bardzo specyficzna, o odcieniach zupełnie nieporównywalnych do tych w Polsce czy w okolicach NY. Nie jest tak soczysta, jakby bardziej przyszarzała, stonowana. Oczywiście dużo egzotyki – palmy, kaktusy (takie jak z "Przygód Bolka i Lolka", wyglądające, jakby narysowało je kilkuletnie dziecko; później wyczytuję, że nazywają się saguaro i są symbolem stanu Arizona, umieszczonym np. na rejestracjach samochodów), dużo krzewów i drzew, o ich nazwach nie mam żadnego pojęcia. Szerokie aleje, zadbane, wspaniale oznakowane. Ruch na drodze umiarkowany, za to na ulicy nie ma żywej duszy. Jedyni ludzie, których widziałam przez cały następny tydzień, to ci, którzy albo już siedzeli za kierownicą, albo właśnie wsiadali do samochodów objuczeni zakupami. Reszta ukryta w pracy, w domu, w sklepach... Byle dalej od bezlitosnego słońca.

Tempe jest urokliwym miasteczkiem, typowym dla ośrodków uniwersyteckich. Budynki uczelni skupione są w downtown. Leży ono w kwadracie mniej więcej 10 ulic (właściwie uliczek) i jednej głównej arterii-alei. Na niej dzień i noc tętni życie. Tłumy studentów, kafejki, bary, restauracje i wszystkie możliwe fast foody, kino, a do tego typowo młodzieżowe sklepy: GAP, Urban Outfitters, Abercrombie & Fitch, Diesel. Jak chyba w każdym miejscu na świecie – oblężony Starbucks. Stoliki wychodzące na wąskie chodniki, zajęte przez rozbawioną i kolorową młodzież. Nad ich głowami zamocowane cienkie rureczki, które nieustannie wydobywają z siebie zimną mgiełkę-parę, mist przynoszący ulgę w upale. A wszystko to w budynkach 2-3-piętrowych, z pięknymi kolorowymi fasadami, z nieoczekiwanymi pasażykami, za którymi kryją się kolejne sklepiki i knajpki. Zieleń jakby mniej egzotyczna, więcej kwiatów na klombach, w ozdobnych donicach, wszystko dopracowane w najmniejszym detalu. Przywodzące na myśl jakieś miniaturowe europejskie miasteczko zagubione na Środkowym Zachodzie, niby nie z tego świata, a jednak doskonale wpisujące się w arizoński pejzaż. Oddech dla oczu zmęczonych rozpaloną pustynią, rozżarzonym słońcem, pięknymi, ale mało przyjaznymi kaktusami. Kosmopolityczna atmosfera, wielu zagranicznych studentów – słychać francuski, włoski, angielski z brytyjskim akcentem. Wokoło imponujące budynki uniwersyteckie – nowoczesne, wysokie, świetnie wyposażone.

Poza terenem uniwersytetu i downtown Tempe to senne miasteczko, typowe amerykańskie suburbia. Ciche uliczki. Niskie, z reguły parterowe domy, okolone, nie jak gdzie indziej płotami, a murami z jasnobrunatnego piaskowca, po których bezszelestnie przebiegają małe szare jaszczurki. Wokół domów kaktusy, drzewka oliwne, palmy najprzeróżniejszych rozmiarów, dużo pustynnej roślinności, kwiatów. Przy domach baseny, bez których przy tamtejszych temperaturach trudno się obejść. Część z nich stosuje technologię słonej wody, co stanowi znakomitą alternatywę dla chloru używanego z reguły w basenach. Na chodniku zaś można stanąć twarzą w twarz ze skorpionem. Czasami na opustoszałej uliczce drogę przebiegnie długouchy dziki królik – zabawny Jack Rabbit, kolejny symbol Arizony. Domy niskie, ale rozłożyste, wyglądają, jakby zbudowane były z różowawego piaskowca, ale to złudzenie – w rzeczywistości to tylko drewno obłożone tynkiem udającym kamień. Dachy często płaskie, w charakterystycznym dla tamtych terenów USA stylu adobe – wywodzącego się ze starego sposobu budownictwa pueblo, stosowanego przez Indian – lub spadziste, jak meksykańskie i kalifornijskie hacjendy. Przepiękne, zwłaszcza dla kogoś przyzwyczajonego do wiktoriańskiego i kolonialnego budownictwa East Coast. Poza tym tak jak wszędzie w Stanach – przy drodze Costco, Home Depot, supermarkety, shopping malle, Burger King, globalizacja w połączeniu z południową estetyką rodem z westernów.

Najpiękniejsze rezydencje oglądałam natomiast na innym przedmieściu Phoenix – Scottsdale. To bogata dzielnica, właściwie osobne miasto. Tam wiele domów jest już piętrowych, kilkupoziomowych, wypieszczonych w każdym detalu. Przepiękny landscaping, gigantyczne baseny, architektura tak oryginalna, że zapiera dech! Scottsdale ma również przepiękne downtown – w zupełnie innym stylu niż Tempe. To w Scottsdale przeznaczone jest dla turystów. Wygląda trochę jak miasteczko z Dzikiego Zachodu. Niskie domy z podcieniami z drewna. Główna ulica ciągnie się przez kilkaset metrów. Można się przejechać zabytkowym trolley (ale tylko w sezonie turystycznym). Pod podcieniami sklep przy sklepie – głównie z pamiątkami i rękodziełem indiańskim, srebrem i inną biżuterią.

Czy chciałabym zamieszkać w Arizonie? Egzotyka tego miejsca nie ulega kwestii. A i względy ekonomiczne przemawiają na korzyść tego stanu. Przeglądałam ogłoszenia oferujące wynajem mieszkania lub kupno domu. Czynsz za 1-sypialniowy apartament w Phoenix – 400-500 dol. za miesiąc, 2-sypialniowy – 600-700 dol. Dom z basenem, 3-sypialniowy, z 2 łazienkami i garażem w Tempe – 200 tys., ale znajdowałam już od 150 tys. A i w supermarketach ceny też jakby o wiele niższe... Może warto pomyśleć o przeprowadzce? Wzorem pierwszych osadników ruszyć na zachód? Jak już obrzydną nam w styczniu hulające w kanionach Manhattanu atlantyckie wiatry, gdy w lutym zaskoczy nas szalejąca śnieżyca i ze zgrozą pomyślimy, jaka tropikalna wilgotność panuje tu latem, może warto pomyśleć o przeprowadzce do miejsca, gdzie przez 325 dni w roku świeci słońce, jest sucho i chodzimy w letnich ciuchach?

dodajdo.com


 
napisany przez 16:58 30-03-2008 adam kordaszewski

Chciałbym tam zamieszkać lecz nie mam prawa do stałego pobytu w USA. Ale i tak kiedyś tam przyjadę. See you.

Artykuły z numeru:
NR 1 ZIMA 2005

Najczęściej czytane





Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK

Copyright © 2007 by magazyntd.com



W serwisie startups mozna znalezc wiele ciekawych projektow. Miedzy innimi sa to projekty lansik, a takze nasza klasa.