Środa, 08 października 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007

Dach nad głową

Nowojorscy imigranci na dorobku


Bluberries
Kamienica przy 97 Orchard Street
Kamienica przy 97 Orchard Street
Jolanta Siwik

Tu Julius Gumpertz wraz z żoną Nathalie zamieszkali po przybyciu do Ameryki.

Bluberries
Lower East Side Tenement Museum
Lower East Side Tenement Museum
Jolanta Siwik

Ten dom pamięta XIX-wiecznych imigrantów przybyłych w poszukiwaniu lepszej przyszłości.


Większość XIX-wiecznych emigrantów zawędrowała do Ameryki w poszukiwaniu chleba. Oczekiwania tych wszystkich, którzy cierpieli dotkliwy chłód zimą i głód skręcający im kiszki na przednówku, były bardzo skromne.

Znajdując się w zaklętym kręgu ubóstwa, nie mieli szans na lepszy byt w swojej ojczyźnie. I choć mit pucybuta, który zostaje milionerem, jeszcze się tu nie narodził, to Nowy Świat, patrząc nań z europejskiej perspektywy, dawał nadzieję na poprawę własnego losu.

Przybysze z zapadłych wiosek, którzy najczęściej nie mieli pojęcia, jak wygląda życie w wielkim mieście, nie zdawali sobie sprawy z dramatycznej sytuacji mieszkaniowej w Nowym Jorku. Podstawowy problem polegał na tym, iż istniejąca zabudowa nie była w stanie pomieścić zwiększającej się corocznie liczby emigrantów z Europy, spustoszonej przez wojny napoleońskie. Na próżno przerabiano tutaj rudery, opustoszałe budowle, nieczynne fabryki, walące się hurtownie i magazyny na coraz ciaśniejsze komórki do wynajęcia. Większość uchodźców gnieździła się w nieludzkich warunkach, inni przenosili się co noc z miejsca na miejsce, koczując często na ulicy.

I choć zaczęto wznosić dziesiątki czynszowych kamienic, to ich stan rósł zaledwie w tempie arytmetycznym, podczas gdy emigrantów przybywało w tempie geometrycznym. Każda kolejna fala imigracyjna powiększała tę dysproporcję.

Zasadniczy kłopot polegał na tym, gdzie ich pomieścić przy stosunkowo niskiej zabudowie, liczącej zazwyczaj cztery, a tylko niekiedy pięć pięter. Parter bywał często przeznaczony na sklepik, jadłodajnię, pub, szulernię, saloon, szkołę, placówkę misyjną lub szpitalik, prowadzony przez siostry zakonne.

Pierwsze czynszówki, zwane tenements houses, były budowane przede wszystkim dla zysku. Tworzyły one zwarte czworoboki, złożone z przylegających do siebie kamienic. Ze względu na koszty i najbardziej ekonomiczne wykorzystanie gruntów dwa budynki, jeden większy, drugi nieco mniejszy, były zwrócone do siebie tyłem, a oddzielało je ślepe podwórko ze studnią i wygódkami. Ich fasady wychodziły na równoległe uliczki i tak właśnie narodził się termin block, funkcjonujący do dzisiaj.

Na każdym piętrze, oprócz korytarza i schodów, znajdowały się cztery mieszkania, o ciągu pomieszczeń wzorowanym na wagonach kolejowych. Klitki od frontu posiadały pokój z oknem, podczas gdy klitki od tyłu były wyposażone w lufcik, a wietrzenie na przestrzał zapewniały drzwi wejściowe. Zamieszkiwało je zazwyczaj 20 małżeństw, a w sumie ok. stu osób, licząc średnio troje dzieci na rodzinę. Wynajęcie takiego pomieszczenia, gdzie żyło się w wielkiej ciasnocie, było marzeniem imigranta, stawiającego pierwsze kroki w Ameryce. Biedę z nadziejami na przyszłość dzielił od degradującej nędzy najmniejszy, za to własny kąt, choćby na strychu, w piwnicy czy w dobudowanej komórce.

Nieremontowane czynszówki, z których właściciele pragnęli wyciągnąć jak największy zysk, ulegały stopniowej degradacji. Po kilkunastu latach w podniszczonych budynkach żyło kilkaset osób, po dwie lub trzy rodziny na klitkę. Po dwóch lub trzech dekadach walące się rudery przekształcano w tzw. rookeries, czyli kolonie gawronów. Spali tu pokotem na podłodze młodzi mężczyźni, którzy przenosili się nazajutrz gdzie indziej, wędrując dalej z mizernym dobytkiem. Był to najgorszy rodzaj domów noclegowych, gdzie łatwo wpadało się w nałogowe pijaństwo lub zostawało się członkiem złodziejskiej szajki czy gangu. Upraszczając skomplikowaną historię, w którym bezgraniczna chciwość była tylko jednym z czynników, tak właśnie powstawały osławione slumsy w Five Points i na Lower East Side. Jednakże ostatnim dnem piekła była bezdomność. A nawet i w tym przypadku hart ducha i przysłowiowy łut szczęścia nieraz pozwalały ciężko doświadczonym imigrantom na wydźwignięcie się z niedoli.

Jako optymistyczne przykłady, jak udawało się przezwyciężać imigrantom w Nowym Jorku beznadzieję ich egzystencji, przytaczam obrazki z życia trzech autentycznych rodzin na dorobku.

Nellie Holland przypłynęła z Irlandii wraz z trojgiem dzieci w 1850 roku, wyprzedzając męża o kilkanaście miesięcy. Nie spodziewała się, że 39-dniowa podróż pod pokładem tak ją wycieńczy. Minimalne zasoby finansowe starczyły na zamieszkanie kątem w kamienicy pod numerem 39 na Orchard Street w Five Points. Panował tu przerażający zaduch, gdyż właściciel hodował duże stado świń w piwnicy i na podwórku. Zanim w pełni doszła do sił, znalazła pracę jako sprzątaczka w tawernie. Po odejściu kucharki, która wyszła za mąż, przejęła jej funkcję. Spokojnie czekała na męża w przekonaniu, iż potrafi przeżyć wraz dziećmi.

Przystojna i obrotna niewiasta potrafiła sobie wyrobić znajomości w sąsiedztwie. Dzięki jej stosunkom James już na drugi dzień po swoim przybyciu został zatrudniony jako doker. Zgromadziwszy trochę pieniędzy, przeprowadzili się na Center Street do dużego, słonecznego pokoju na parterze z niewielką ciemną kuchnią. Nie zważając na prośby męża, uparta niewiasta nie porzuciła gotowania w tawernie. Opiekę nad młodszym rodzeństwem sprawowała 10-letnia Maggie. Po trzech latach na rodzinę spadł niespodziewany cios. James Holland zginął w wypadku przy wyładowaniu towarów. Uskładane oszczędności i bieżące zarobki umożliwiły rodzinie związanie końca z końcem, gdy do Nellie los się ponownie uśmiechnął. Ożenił się z nią bezdzietny i dobrze sytuowany wdowiec, który przysposobił jej dzieci.

Julius Gumpertz wraz żoną Nathalie przybyli do Nowego Jorku w 1867 roku z Berlina. Młody, acz doświadczony urzędnik ze znajomością księgowości, nie miał kłopotu ze znalezieniem pracy w niemieckiej spółce na Lower East Side, gdzie mieściła się pierwotnie Kleine Deutschland. Niepozbawiona kapitału, para osiedliła się w kamienicy przy 97 Orchard*. Dobry dom, postawiony cztery lata temu, był skanalizowany i miał pretensję do elegancji. Ubikacje znajdowały się w suterenie, wraz kranami dostarczającymi bieżącą wodę. Małżeństwo wynajmowało mieszkanie na pierwszym piętrze. Duży pokój posiadał okno i kominek. Ciemna kuchnia z węglowym piecem wiodła do maleńkiej sypialni, którą prawie w całości zajmowało małżeńskie łoże i kołyska. Pozostawione urządzenie mieszkania zdradza ślady dostatku. Panika bankowa, która wybuchła w 1876 roku, spowodowała krótkotrwałą recesję. Julius utracił pracę, po czym zapadł się jak kamień w wodę, zostawiając żonę z czworgiem dzieci, z których najstarsza córką miała dziewięć lat. Nathalie zaciągnęła niedużą pożyczkę w towarzystwie wzajemnej pomocy, zabierając się do szycia, haftowania i dziergania koronek, do czego miała wielki talent. Była to jedyna praca, którą mogła wykonywać w domu, opiekując się jednocześnie dziećmi. Wkrótce uzyskała sporo klientek, zatrudniając z czasem pomocnicę. Udało się jej samodzielnie wychować dzieci. Najstarszy Johannes został przyjęty do darmowej Cooper Union, kształcąc się na mechanika.

W połowie lat 20., w tej samej kamienicy i na tym samym piętrze, w apartamencie o podobnym rozkładzie zamieszkała rodzina Baldizzich. Wykwalifikowany stolarz budowlany Luigi wyemigrował z Teresiną z Sycylii. W Nowym Jorku urodziło się im dwoje dzieci. Poza przejściowymi kłopotami nieźle sobie radzili w Ameryce. Także ich warunki mieszkaniowe były już znacznie lepsze. Wtedy to bowiem czynszówka przeszła w ręce trzeciego z rzędu właściciela i została wyremontowana. Apartament z wygodami miał ubikację, bieżącą wodę, cynową wannę do kąpieli, zakrytą blatem, która stała w kuchni, elektryczność i centralne ogrzewanie. Szybowe wyciągi, zainstalowane w ścianach, w których wybito także świetliki, ułatwiały krążenie powietrza. Opłata wynosiła 20 dolarów miesięcznie.

Zmiany na lepsze warunków mieszkaniowych dokonywały się pod wpływem nowych technologii oraz światłych reformatorów, jak Jacob Riis.

Choć nie wszyscy przybywający do Nowego Jorku doświadczyli mieszkalnego koszmaru, to warto pamiętać o cenie, jaką za marzenia o lepszym życiu zapłacili dawni imigranci. Niech stanie się ona lekcją optymizmu dla narzekających.

* Budynek należy do Lower East Side Tenement Museum i można go zwiedzać.

dodajdo.com


Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu!

Artykuły z numeru:
NR 2 WIOSNA 2005

Najczęściej czytane





Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK

Copyright © 2007 by magazyntd.com



W serwisie startups mozna znalezc wiele ciekawych projektow. Miedzy innimi sa to projekty lansik, a takze nasza klasa.