Piątek, 12 marca 2010
Aktualny numer NR 13 ZIMA 2009

Dom z duszą



Małgorzata Marciniak

Kiedy byłam dzieckiem, rudbekie przed naszym domem wydawały mi się gigantyczne, podobnie jak malwy od wschodniej strony, gdzie znajdowało się również tzw. duże podwórko.

Znaczną jego część zajmował warsztat ślusarski pana Maruszewskiego – jakieś komórki, składziki rur i innego żelastwa, które miały wielkie znaczenie dla naszych zabaw, np. w chowanego. Dzięki temu zresztą podwórko było bardziej interesujące i tajemnicze. W warsztacie kręciło się kilku pracowników, z których jeden, pan Waldek, pokazywał mi czasem, jak się gwintuje rury, jak uszczelnia złączki konopnymi pakułami. Kiedyś nawet dał popatrzeć przez specjalną maskę na iskry obficie sypiące się ze spawalniczych elektrod.

Najbardziej niezwykły był jednak w tym krajobrazie wypieszczony ogród pani Jadwigi, z którego przez sztachetki podskubywaliśmy wiosną szczaw, a latem wiśnie i cierpkie jeszcze wtedy renety. Dostępu do nich strzegł drewniany płot, dodatkowo obsadzony krzakami morwowymi i bzem. W upalne dni nad wszystkim unosił się zapach mięty, która jakimś cudem znalazła wyjście z ogrodu i wyrastała w najmniej spodziewanych miejscach. Nawet spomiędzy rur składowanych przy trzepaku.

Południową ścianę podwórka stanowił szereg komórek – po jednej dla każdej rodziny, dwie wygódki i śmietnik. Choć słowo recycling nie było jeszcze wówczas nikomu znane, w naszym śmietniku wszystko miało swoje miejsce – osobno papier, szkło, metale i osobno mniej szlachetne odpady. Dawny gospodarz, pan Maruszewski, bardzo o to dbał. Obydwa budynki na naszej posesji miały jedynie odpływ. Bieżąca woda była tylko u dawnych gospodarzy, których komunistyczna zawierucha pozbawiła prawa własności i obdarzyła lokatorami z całą zgrają rozwrzeszczanej dzieciarni. Zawsze wydawało się nam, dzieciakom, że Maruszewscy zachowują się jakoś „po pańsku” i uważaliśmy to za niczym nieusprawiedliwione panoszenie się. Często robiliśmy im złośliwe psikusy, zwłaszcza po tym, jak „zaanektowali” wspólną studnię do wyłącznego użytkowania, aby mieć wygodę, a tym samym naszych rodziców – później też nas – zmusili do noszenia wody z oddalonego o jakieś 200 metrów miejskiego hydrantu.

W parterowym domu od ulicy mieszkali bezdzietni Maruszewscy, za to ich sąsiedzi, rodzina Rencławowiczów – z szóstką dzieci. Od frontu niejacy Pałaszowie, bodaj z czwórką potomków, oraz starsza pani Lisowska z synem Tadeuszem, o którym zawsze myślałam, że to ten Pan Tadeusz od Mickiewicza.

Nasz dom, w głębi podwórza, miał piętro. Przed wojną był tam Zakład Ginekologiczno-Położniczy pw. św. Zofii, a po wyzwoleniu – Powiatowa Izba Porodowa, aż do 1963 roku. Wtedy to – zapewne z okazji jakiegoś narodowego święta – oddano do użytku oddział ginekologiczno-położniczy w nowo wybudowanym szpitalu. W budynku po porodówce dostały mieszkania pracujące tu niegdyś położne, wśród nich moja mama. Na dole, od dużego podwórka, mieszkały pielęgniarki – pani Basia i pani Halinka. Z drugiej strony budynku wąski chodniczek – ten obsadzony rudbekiami – prowadził do sieni. Było tu wejście do cioci Danusi – mojej chrzestnej matki, przyjaciółki mamy, również położnej, i do Szymczaków oraz schody prowadzące na górę, którą zajmowała nasza rodzina oraz krewna dawnych gospodarzy, pani Władzia, z niepełnosprawną córką Lucią i synem-ladaco Józiem.

Choć na podwórku roiło się od dzieciaków, całe to bractwo było ode mnie na tyle starsze, że do towarzystwa miałam tylko o rok starszego Rysia Szymczaka, a i to niezbyt długo, bo Szymczakowie jako pierwsi wyprowadzili się do bloków, a wkrótce potem wyemigrowali do Australii. Usilnie próbowałam „zadzierzgnąć więzi” ze starszyzną, ale z rzadka tylko dostępowałam łaski, bo przeważali chłopcy i nie lubili, jak wchodziłam im w drogę.

Prawdopodobnie z tego głównie powodu lubiłam spędzać czas w domu, czytając książki lub majsterkując z tatą, albo na naszej działce, która była pasją całej rodziny. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni spędzaliśmy tam niemal każdą wolną chwilę.

Dom nasz zawsze wydawał mi się tajemniczy. Pamiętałam go jeszcze z czasów Izby Porodowej, kiedy przychodziłam tam czasem z babunią Antosią na mamine dyżury. Wielka kaflowa kuchnia z wmurowanym brodzikiem do grzania wody, na dole pralnia w przybudówce, która pewnego roku, po obfitej w śniegi zimie, zwyczajnie się zawaliła... Ja też urodziłam się w tym domu, a przez pewien czas miałam nawet w swoim pokoju łóżko, z którego po raz pierwszy popatrzyłam na świat...

Do naszego mieszkania na górze prowadziły wąskie, zakręcające schody o dziewiętnastu drewnianych stopniach, które mama z babcią i panią Władzią na przemian, co sobota, szorowały ryżową szczotką. Z czasem tata pokrył schody dość grubą warstwą farby olejnej, co znacznie ulżyło doli szorujących je kobiet.

Ze schodów wchodziło się do naszej obszernej kuchni, która – zależnie od potrzeb – była wszystkim; pralnią, bawialnią, jadalnią, łazienką... Po lewej stronie, tuż przy drzwiach, była ściana sąsiadująca z mieszkaniem pani Władzi, w ścianie po prawej były zaś dwa dwuskrzydłowe okna, jedno z nich z lufcikiem. Lufcik był elementem bardzo istotnym i niezwykle użytecznym, ponieważ zdarzało się, że mój brat Jarek musiał tędy wchodzić do mieszkania, żeby od wewnątrz otworzyć drzwi, kiedy zgubiłam kolejny klucz...

Pomiędzy oknami usytuowany był zlew, który miał niestety tylko odpływ. Obok stała szafka z garnkami, a na niej dwa wiadra na wodę, zwykle pełne, o co dbali tata i brat. Za czasów izby porodowej do jednej ze studzienek na podwórku dowożono wodę beczkowozem i za pomocą pompy tłoczono ją na górę, bo nie godziło się, żeby placówka medyczna nie była w pełni skanalizowana. Ale dla nas i ów odpływ był darem niebios, zwłaszcza kiedy mama robiła pranie, bo przynajmniej nie trzeba było już wynosić tego, co i tak z niemałym wysiłkiem zostało wtaszczone na górę. W praniu zresztą partycypowała cała rodzina – kto żyw nosił wodę, kręcił korbką wyżymaczki naszej poczciwej „Frani”, wynosił stosy mokrej bielizny na strych lub podwórko, a inny rozwieszał wszystko pracowicie na sznurach.

Pod zlewem stał wiklinowy stojak na miednicę – naszą łazienkę. Wiklinowych mebli było zresztą w domu więcej – m.in. półki i stołeczek – część prezentu ślubnego dla moich rodziców od brata babuni Antosi.

Pośrodku kuchni stał ciężki dębowy stół z dwiema wielkimi szufladami. Mogło przy nim zasiąść spokojnie dziesięć osób, chociaż nasza rodzina liczyła wówczas pięć: rodzice, babunia Antosia i my – brat i ja. No i, oczywiście, zawsze jakiś zwierzak albo dwa – kot, pies albo i to, i to...

W kuchni był jeszcze kredens, taki starodawny, trzypoziomowy, z szybkami. Górną część zajmowały: zastawa stołowa, dwa serwisy do kawy, szklanki i rozmaite kieliszki. Pod nimi było nieco przestrzeni, którą wyznaczały tzw. zatrzaski, czyli dwie niewielkie szafki oddzielające górną kondygnację, tę ze szkłem, od dolnej. W jednym „zatrzasku” mieszkały lekarstwa i podręczne przybory do szycia, a w drugim – chleb. Dolna część rozpoczynała się trzema szufladami, zajmowanymi przez sztućce i inne kuchenne drobiazgi, a w szafkach pod nimi mama przechowywała produkty spożywcze – kasze, mąkę, ryż itp. Kredens stał pomiędzy oknem i piecem kuchennym, natomiast w luce między nimi zwykle rezydował nasz zwierzak. Pierwszym, jakiego pamiętam, był kot, straszny zbójcerz – Pirat. Jeśli były dwa – pies brał we władanie podłogę, kot miał do dyspozycji „wyższe poziomy” i zwykle mieszkał na kredensie.

Obok kuchennego pieca, w którym babcia na zmianę z mamą wypiekały słodkie pyszności, były drzwi do pozostałych pomieszczeń. Zaraz za kuchnią był tzw. łącznik, czyli maleńki przechodni pokoik z oknem, a z niego dwoje drzwi prowadziło – jedne do pokoju rodziców, drugie – do pokoju, który jakiś czas dzieliliśmy wraz z bratem i babunią.

Pokój rodziców był dla mnie czarodziejskim miejscem. Uwielbiałam w nim przebywać. Był tam duży kaflowy piec opalany węglem, telewizor – ustawiony na wprost wygodnego tapczanu, takiego z grubym, długim wałkiem od ściany, etażerka zastawiona arcyciekawymi książkami i toaletka z ogromnym lustrem i szafką pełną zdjęć, które tata sam robił i wywoływał. Było też kolejnych dwoje drzwi. Za nimi znajdowały się tzw. przygórki. Na tym z lewej tata trzymał swoje rupiecie – śrubki, gwoździe, młotki i inne narzędzia do majsterkowania, oraz zbudował skrzynię na ziemniaki i regały na przetwory z naszych działkowych płodów. Na tym z prawej były zaś półki z książkami i sznury do suszenia bielizny. Lubiłam myszkować po strychach, które z czasem stały się też składowiskami wielu rzeczy zbędnych, z którymi trudno było się rozstać w sposób definitywny. Stąd tak dobrze pamiętam niektóre swoje ubranka z dzieciństwa, suknie i kapelutki mojej mamy, jej szpilki, w których w ukryciu stawiałam pierwsze kroki na obcasach...

Pokój rodziców tonął w zieleni. W całym mieszkaniu nie brakowało kwiatów na parapetach, ale u nich były zawsze okazy wyjątkowe. Mama do dziś ma bzika na punkcie kwiatów, którym potrafiła skutecznie zarazić zarówno mnie, jak i mojego brata. Dziś również w naszych mieszkaniach każde wolne miejsce wypełniają rośliny.

Pewnego dnia, myszkując wśród tatowych rupieci, znalazłam żelazko. Dziwne było, ciężkie... Nie miało żadnego sznura, żeby je podłączyć do prądu. W tylnej jego części były za to drzwiczki. Gdy je otworzyłam i uniosłam nieco, żeby zajrzeć do środka, okazało się, że za drzwiczkami coś jest. Przechyliłam żelazko i wtedy to „coś” wysunęło się z otworu. Miało kształt trochę wydłużonego serca odlanego z żelaza, dość szczelnie wypełniało otwór w żelazku. Dusza...

Dwa lata temu, będąc w Polsce, odwiedziłam mój stary dom, który już ledwo stał. Pewnie gdy znów tam pojadę, już go nie będzie... Kiedy myślę teraz o nim, mam przed oczami chwilę, gdy po raz pierwszy trzymałam w rękach żelazko z duszą. Takie archaiczne, anachroniczne, wyjęte z epoki, poza czasem... Ile wyprasowało pieluch? Ile koszul? Garniturów? Ile sukienek? Kto trzymał je w rękach? Komu było potrzebne? Kto je kochał?

Mój stary dom...  Tonął w zieleni i złotych rudbekiach...

dodajdo.com


Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu!

Artykuły z numeru:
NR 3 LATO 2005

Najczęściej czytane





Numer 13 jest ostatnim drukowanym wydaniem magazynu Twój Dom. Zapraszamy do czytania magazynu na naszej stronie internetowej.

Copyright © 2007 by magazyntd.com



W serwisie startups mozna znalezc wiele ciekawych projektow. Miedzy innimi sa to projekty lansik, a takze nasza klasa.