Czwartek, 20 listopada 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007

San Francisco nie ściernisko


Bluberries
Panorama San Francisco
Panorama San Francisco
Todd Smith

Bluberries
Golden Gate Bridge
Golden Gate Bridge
Ali Seifert

Bluberries
Bay Bridge, dzieło Ralpha Modjeskiego - syna Heleny Modrzejewskiej
Bay Bridge, dzieło Ralpha Modjeskiego - syna Heleny Modrzejewskiej
Joe Sparks

Bluberries
Słynna kręta Lombard Street
Słynna kręta Lombard Street

Bluberries
Willa pod San Francisco
Willa pod San Francisco

Co 25. dom w Złotym Stanie jest wyceniany co najmniej liczbą siedmiocyfrową.

Bluberries
Palo Alto na południe od San Francisco
Palo Alto na południe od San Francisco
Maria Deptuła

Małe domki w Palo Alto sprzedają się po 800 tysięcy.


Na pytanie, co im się w Kalifornii najbardziej podoba, zgodnie odpowiadają: pogoda. Mieszkańcy okolic Zatoki Kalifornijskiej rzeczywiście nie mają na co narzekać: od kwietnia do końca października nie pada i prawie zawsze świeci słońce.

Potem zaczyna się chłodniejsza, „zielona” pora roku, gdy zimowe deszcze sprawiają, iż okoliczne góry pokrywają się świeżą, zieloną trawą. Ale wciąż jest względnie ciepło. A w lecie nie jest tu tak gorąco, jak w odległym o prawie 600 kilometrów Los Angeles.

W samym San Francisco zimny powiew zza Golden Gate i mgła potrafią dać się jednak we znaki. „Najchłodniejszą zimą, jaką przeżyłem, było lato w San Francisco” – powiedział kiedyś wielki amerykański pisarz Mark Twain.

Bay Area – bo tak nazywają Kalifornijczycy okolice półwyspu, na którym znajduje się San Francisco – jest magnesem wciąż ściągającym ludzi, i to mimo tego, że po kryzysie internetowych dot-comów pobliska Dolina Krzemowa nieco zubożała. Bo rzeczywiście trudno o atrakcyjniejsze miejsce w USA. Północna, a raczej środkowa Kalifornia ma wszystko, co można sobie wymarzyć. Piękne widoki, góry, ocean (zimny!) na wyciągnięcie ręki. Wymarzone miejsca do pieszych wędrówek, kajakowania czy kolarstwa górskiego.

Trzeba czegoś więcej? Zaledwie kilka godzin jazdy dzieli San Francisco od słynnych parków narodowych: Yosemite, Sequoia, Pineacles czy Kings Canyon. Ci, którzy wolą płaski krajobraz, mogą pojechać do Doliny Kalifornijskiej – rolniczego zagłębia stanu. Spod palm w Palo Alto czy Cupertino można w ciągu zaledwie czterech godzin przenieść się w okolice jeziora Tahoe, gdzie na nartach jeździ się od listopada do czerwca. A na północ od cieśniny Golden Gate zobaczyć można pejzaże żywcem przeniesione z Francji – w dolinach Napa i Sonoma rozpostarły się winnice i winiarnie, gdzie można zamówić sobie skrzynkę ulubionego trunku. Tu natura i otoczenie w naturalny sposób „odstresowują” ludzi. Mimo pogoni za pieniędzmi żyje się tu spokojniej niż w rozpędzonym Nowym Jorku – zgodnie mówią Kalifornijczycy. No i samo San Francisco – z operą, muzeami, stromymi podjazdami, pokręconą Lombard Street, mostami Golden Gate oraz Bay Bridge (dzieło Ralpha Modjeskiego – syna naszej Heleny Modrzejewskiej) i stateczkami odpływającymi na pobliską wyspę Alcatraz. To miejsca, których się nie zapomina. Jest jeszcze Dolina Krzemowa, gdzie ciągle rodzą się wielkie fortuny. Założyciele Google zaczynali kilka lat temu w zwykłym garażu. Teraz jest to wielomiliardowa korporacja z globalnymi aspiracjami, choć centrala wciąż znajduje się w Mountain View. Tuż obok można znaleźć ich konkurenta – Yahoo! W Cupertino znalazł się Apple Computer, w Santa Clara – Intel.

Polaków w okolicach San Francisco mieszka całkiem sporo, ale w odróżnieniu od Chicago i Nowego Jorku są bardzo rozproszeni i nie tworzą zwartej wspólnoty. O ich obecności świadczą rozsiane wokół zatoki cztery kościoły – w San Jose, San Francisco, Union City i Martinez. Przyjeżdżają tu, bo jest praca, najczęściej w ciągle rozwijających się firmach biotechnologicznych, high-tech czy komputerowych. Jak magnes działają także uniwersytety – Stanford, Berkeley (wykładał tam Czesław Miłosz), Santa Cruz czy San Jose, gdzie także pracują polscy naukowcy. Ściąga tu więc przede wszystkim inteligencja. Działa też kilka polskich sklepów – niedawno w Palo Alto w pobliżu kampusu Uniwersytetu Stanforda otworzyło swoje podwoje Polish Deli prowadzone przez Marcina Kłoska.

Rodacy cenią sobie nad zatoką zróżnicowanie kulturowe Kalifornii. Tu rzeczywiście można spotkać wszystkie kultury (i kuchnie) świata. Inną cechą godną podziwu jest społeczne zaangażowanie Kalifornijczyków, którzy potrafią dobrowolnie się opodatkować, aby poprawić poziom nauczania w lokalnej szkole czy wybudować nową bibliotekę. No i – jeśli zechcą – potrafią też sobie zmienić gubernatora przed końcem kadencji.

Początki w San Francisco jednak nie są łatwe. Pierwszą rzeczą, jaką przeżywali po przyjeździe nad zatokę, był sticker shock, czyli szok cenowy. Tu wszystko kosztuje drożej – od nieruchomości po jedzenie. Wiosną 2005 za galon zwykłej bezołowiowej benzyny trzeba było nawet płacić 2,75 dol. „Na początku była depresja, poczucie, że ten świat nie jest dla nas. Z czasem uczyliśmy się jednak żyć według reguł, jakie dyktował nam rynek” – mówi Artur Płonowski, naukowiec pracujący dla jednej z tutejszych firm farmaceutyczno-biotechnologicznych. Przeniósł się do Bay Area sześć lat temu z Luizjany, bo zaproponowano mu trzykrotnie większe pieniądze niż w Nowym Orleanie. Jego żona Marta, lekarka z wykształcenia, znalazła pracę w klinice Uniwersytetu Stanforda. „Tu rytm życia i kariery wyznacza edukacja dzieci” – mówi. Pęd do dobrych dystryktów szkolnych dodatkowo napędza koniunkturę na rynku nieruchomości.

To dlatego Płonowscy zdecydowali się w ubiegłym roku na przeprowadzkę: z East Palo Alto z bardzo kiepskim dystryktem szkolnym do Cupertino. W miasteczku tym znajduje się nie tylko główna kwatera firmy komputerowej Apple. To także jeden z najlepszych dystryktów szkolnych w całym stanie. Aby kupić dom, musieli wziąć udział w swoistym kalifornijskim rytuale – przebijaniu ofert kupna powyżej ceny wywoławczej. Dom, który kupili, wystawiono za 900 tysięcy dolarów. Poszedł za 150 tysięcy więcej.

„W niektórych miastach ceny domów potrafią rosnąć o 20-30% rocznie” – mówi Gordana Wolfman, pośredniczka handlu nieruchomości. 3-sypialniowy dom Pawła i Barbary Krupów kupiony dwa lata temu za 480 tysięcy dolarów jest dziś wart około 680 tysięcy. Paweł nie lubi zresztą tutejszej architektury. Domki są małe, brzydkie, często tylko parterowe. Za to ceny z księżyca.

Średnia (mediana) cena domu w Kalifornii wynosiła wiosną br. 316 tysięcy dol. i była najwyższa w USA, ale konia z rzędem temu, kto by w okolicach San Francisco mógł kupić przyzwoitą nieruchomość za tę cenę w miejscu innym niż slumsy. Kalifornia bije także inny rekord – jest stanem o największej koncentracji rezydencji wartych więcej niż milion dolarów. Co 25. dom w Złotym Stanie jest wyceniany co najmniej liczbą siedmiocyfrową. To nie tylko legendarne Beverly Hills pod Los Angeles. Najdroższym rynkiem nieruchomości w USA jest właśnie Bay Area, czyli okolice San Francisco. Daleko w tyle pozostają Hawaje, Connecticut, Dystrykt Columbia, Massachusetts i stan Nowy Jork.

Przy obecnych cenach domów trzeba dokonywać prawdziwych cudów, aby stać się właścicielem nieruchomości położonej w przyzwoitym miejscu. Jedna pożyczka często nie wystarcza – trzeba wziąć drugą albo trzecią, aby móc się wprowadzić do nowej rezydencji. Aby wystarczyło pieniędzy w domowym budżecie, zdarza się, że jedynym ratunkiem jest wzięcie jednego z kredytów jako interest only, bez konieczności spłacania kapitału. Ale trzeba sobie radzić.

„Przez całe nasze zawodowe życie nigdy nie mieliśmy w Polsce własnego mieszkania. Tu, po niespełna 6 latach życia w najdroższym stanie Ameryki mamy własny dom” – mówi Paweł Krupa, wydawca „Tygodnika Kalifornijskiego”.


Koparka wjechała w cichą uliczkę o 8 rano. Wcześniej nie mogła, bo zabraniały tego miejskie przepisy o robotach budowlanych. Zatrzymała się przed schludnym niedużym domkiem z napisem „Sold”. Pięć minut później zaczęła się demolka. W sześć godzin później w tym samym miejscu była już pusta działka budowlana, gotowa do zabudowy.

To typowy dziś obrazek, jaki można zobaczyć w Palo Alto, Mountain View, Cupertino czy Redwood City. Opisany wyżej dom w Palo Alto poszedł za ponad 800 tysięcy dolarów, choć stał na działce 100 na 50 stóp. Nowy dom – niewiele większy, bo przecież na pałac grunt nie pozwala – będzie już wart grubo ponad milion.

To tylko maleńki wycinek tego, co dzieje się na najgorętszym rynku nieruchomości USA. Wszyscy mówią, że ta koniunktura musi się kiedyś skończyć, ale na razie nic nie zapowiada nagłego załamania. „Jestem zadowoloną emigrantką – mówi Barbara Krupa, w Polsce dziennikarka, w Kalifornii pracownica biblioteki uniwersyteckiej na Stanfordzie. – Żyje nam się świetnie, ponieważ mamy piękną pogodę, ale płacimy za to słoną cenę”.

dodajdo.com


Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu!

Artykuły z numeru:
NR 3 LATO 2005

Najczęściej czytane





Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK

Copyright © 2007 by magazyntd.com



W serwisie startups mozna znalezc wiele ciekawych projektow. Miedzy innimi sa to projekty lansik, a takze nasza klasa.