Starck - w poszukiwaniu lepszego świata
Największy wizjoner współczesnego designu. Człowiek-instytucja. Projektuje wszystko: od makaronu Panzani po statki Beneteau i podróżne akcesoria Vuittona. Wznosi hotele – Royalton i Paramount w Nowym Jorku, Mondrian w Los Angeles, Nani Nani w Tokio, przebudowuje Pałac Elizejski i prywatne pokoje prezydenta Francois Mitteranda. Jako jedyny w świecie zaprojektował ulicę nazwaną jego imieniem La Rue Starck.
Z Philippe’em Starckiem – najbardziej międzynarodowym z projektantów – rozmawiamy o trójnożnych krzesłach, szkodliwości farby ściennej i słabości do francuskiego sera chevre.
AGATA OSTROWSKA-GALANIS: – Podczas ostatniej podróży do Los Angeles zatrzymałam się w zaprojektowanym przez Pana hotelu „W”. Muszę przyznać, że dobrą chwilę zajęło mi otwarcie okna w sypialni, zapalenie lampy czy uruchomienie prysznica…
PHILIPPE STARCK: – Na tym polega prawdziwy design! Dobrze zaprojektowane mebel, przedmiot czy wnętrze opierają się nie tylko na funkcjonalności i wygodzie, ale też na własnej odrębności. Trójnożne krzesła, ponadwymiarowe donice na kwiaty, karłowate stołeczki to dowód na dwoistość współczesnego projektowania – z jednej strony skłonność do zabawy i ironizowania, z drugiej uczciwość wobec klienta. Po co robić rzeczy, które już zostały zrobione? Nudzić siebie i innych? Brrr…
– Czy dlatego w hotelu „W” na umieszczanej na drzwiach zawieszce w miejsce uprzejmego „Proszę nie przeszkadzać” pojawiło się zaczepne „Zostawcie mnie w spokoju”?
– Sztuka, w tym design, zawsze balansowała na granicy dobrego gustu i kiczu, pokory i agresji. Prosząc, by nikt nam nie przeszkadzał, tak naprawdę chcemy powiedzieć, by wszyscy się od nas odczepili. Po co konwenanse i zbytnia elegancja. Upraszczając życie, robimy sobie przysługę. Przedmioty mojego projektu są wbrew pozorom bardzo proste, zarówno w formie zewnętrznej, jak i w użyciu. Nie bójmy się prostoty. To nie ona jest naszym największym wrogiem, lecz strach przed odmiennością.
– Tego Panu na pewno nie można zarzucić! Wszystkie Pana projekty są „na przekór”, zawsze w konflikcie z tym, co wedle ogólnie przyjętych standardów pozostaje zwykłe i normalne. Gdzie uczą takiego buntu? Na studiach w Escole Nissim de Camondo czy przy kreślarskim stole ojca?
– Dzieciństwo spędziłem pod stołem kreślarskim. Mój ojciec, zapalony projektant samolotów, przelewał swoje pomysły na papier, podczas gdy ja wycinałem, kleiłem, rozmontowywałem i montowałem na nowo wszystko, co było pod ręką: rower, wazon na kwiaty, nocny stolik. Rozbieranie rzeczy na czynniki pierwsze i składanie ich na nowo w innym paradoksalnym wręcz porządku zostało mi do dziś. Nie możemy zmienić biegu świata, ale możemy wpłynąć na jego kształt, na to, co nas otacza. Codziennie zadaję sobie pytanie: „W jakim świecie żyjemy, a w jakim chcemy żyć?” i dzięki Bogu nadal stwierdzam, że jest jeszcze wiele do zrobienia.
– Pana projekty z lat 80. pozostawały pod wielkim wpływem dwóch czynników: oczarowania światem mody i potrzebą buntu. Wielu określa je jako „przeprojektowane”. XXI wiek zmienił Pana podejście do sztuki. Promowane przez Pana prawda i uczciwość jako podstawa designu to dość rewolucyjne posunięcie.
– Nieśmiertelność przedmiotu to problem, który interesuje mnie najbardziej. Dlaczego tworzyć coś, co za rok powędruje do kosza na śmieci. Jako twórcy sztuki funkcjonalnej powinniśmy zrozumieć, że życie przedmiotu zależy w dużej mierze od nas, a moralność, uczciwość i obiektywizm to nieodłączne elementy każdego designerskiego procesu. Nie przechodzi się z jednego tysiąclecia w drugie bez postawienia sobie pewnych pytań. Każdy artysta ma obowiązek zastanowić się nad tym, co może zaproponować światu. Zanim jednak kierowani własną ambicją i potrzebami estetycznymi przystąpimy do realizacji swoich pomysłów, rozważmy, jakie są nasze możliwości. Jako projektant mam do dyspozycji pewną liczbę środków i narzędzi, przy użyciu których muszę wykreować piękno.
– Powiedział Pan kiedyś, że w dzisiejszym zmaterializowanym świecie chęć posiadania zastąpiły piękno i miłość.
– Miłość to cecha, która nas wyróżnia, motor naszego postępowania. Gubiąc miłość tracimy cel, rację istnienia. Jest to według mnie główna przyczyna choroby dzisiejszego świata. Wielu ludzi, w tym artystów, wykonuje swoją pracę nie z miłości czy przesłania, lecz z chęci zysku i wzbogacenia się. Nie lubię komercjalnych sługusów, interesują mnie buntownicy, ludzie podejrzliwi, którzy mają coś do powiedzenia.
– Do projektowanych przez siebie przedmiotów ma Pan stosunek bardzo osobisty. Lampa Rosy Angelis, krzesło La Marie stołeczek Prince Aha przypomina słownik kobiecych imion!
– Zapomniała pani o moim ulubionym krześle Dr. No. To tradycyjne krzesło z angielskiego klubu dżentelmenów wykonałem z masy plastycznej. Połączenie tak dwóch kompletnie różnych światów wydaje się paradoksalne, ale i fascynujące. A personifikacja przedmiotów? Czy nie bardziej zmysłowe jest picie herbaty z Prince Anna Cup niż zwykłej porcelanowej filiżanki?
– Przez 28 lat pracy osiągnął Pan wiele. Sławę, pieniądze, uznanie środowiska artystycznego, uwielbienie tłumów. Projektuje Pan wszystko: butelki na wodę mineralną Glacier, szczoteczki do zębów Fluocaril, makaron dla Panzani, akcesoria podróżnicze Louis Vuitton, meble biurowe dla Vitry, łodzie dla Beneteau. Dzięki Pana projektom powstały największe światowe hotele i budynki: Royalton i Paramount w Nowym Jorku, Mondrian w Los Angeles, La Famme w Tokio czy Teatritz w Madrycie. Na prośbę prezydenta Francois Mitterranda przerobił Pan prywatne pokoje Pałacu Elizejskiego, wybudował w Paryżu La Rue Starck, ulicę nazwaną Pana imieniem. Czy zostało coś jeszcze do zrobienia?
– Jest jeszcze parę stolic bez dobrego hotelu i parę firm kosmetycznych z okropną butelką na perfumy. A poważnie, to powiem pani, że z największym sentymentem wspominam początki – mój pierwszy designerski projekt Cafe Costes w Paryżu i pierwszą firmę Starck Company, która zajmowała się produkcją przedmiotów nadmuchiwanych. Towarzyszące tym doświadczeniom poczucie niepewności, związany z nią dreszczyk emocji i przyjemne poczucie sukcesu znikły, tak jak znikła moja niewinność i świeżość początkującego projektanta.
– Podobno jest Pan bardzo dumny z faktu, że przedmioty Pana projektu służą nie tylko człowiekowi, ale i naturze…
– Otaczający nas świat nie może paść ofiarą postępującej cywilizacji, choć i tak wiele złego już się stało. Wspólnie z Annie Vinche, znakomitą specjalistką z działu urody, wyprodukowaliśmy serię kosmetyczną Starck opartą tylko i wyłącznie na składnikach naturalnych. Podobnie biologiczna seria produktów OAO czy moje najnowsze odkrycie, nieszkodliwa dla zdrowia farba ścienna. Ludzie nie wiedzą, że pierwsza lepsza farba zawiera masę trujących związków chemicznych, które są zupełnie zbędne. Moja farba zrobiona jest wyłącznie ze składników roślinnych. Nawet rozpuszczalnik wykonany jest na bazie skórki z cytryny i pomarańczy. Ludzie, pomyślcie, zagazowujecie siebie i swoich bliskich!
– Czy używa Pan produktów opatrzonych metką „zaprojektowane przez Starcka”?
– Choć nigdy nie uprawiałem samoreklamy, przyznaję, że wyciskacz do soku z cytryny dla firmy Alessi i packa na muchy Dr. Skud bawią mnie do dziś. Wyciskacz nazywa się Flash Gordon tak samo jak bohater animowanej kreskówki z lat 50. Gordon, podobnie jak dzisiejszy Superman, pomagał ludziom, choć trybem życia i wielkopańskimi przyzwyczajeniami przypominał tajemniczego Jamesa Bonda. Taki jest i mój wyciskacz – praktyczny i prosty w użyciu, lecz nie pozbawiony eleganckich, zaskakujących akcentów. A że wyciskany sok leci z innej, „złej” strony, to już osobna historia! Podobnie z packą, którą wyposażyłem w moody face, czyli twarz o zmiennym usposobieniu. Im bliżej owada, tym radośniejszy na niej uśmiech.
– Czy w poszukiwaniu prawdziwego Starcka wystarczy pójść na Pana wystawę, a może lepiej wybrać się do sklepu z przedmiotami Pana projektu?
– Sklepy sprzedające przedmioty mojego projektu nazywam alfabetem Starcka. Jest w nich wszystko od A do Z, od noży, czajników i popielniczek do wielkich krzeseł, łóżek i motocykli. Wystawa to fragmentaryczny przegląd dorobku artysty, pewnej fazy twórczej lub pewnego okresu jego życia. Oglądamy, porównujemy, oceniamy zadając sobie nieśmiertelne pytanie – co autor miał na myśli? Nasza percepcja sztuki opiera się wyłącznie na jednym zmyśle, na wzroku. Inaczej jest w sklepie. Tam idziemy, by dokonać zakupu. Dotykamy, próbujemy, wąchamy. Walczymy z decyzją, kupić, nie kupić, kierując się bardzo użytecznymi pytaniami – jak funkcjonuje, gdzie postawić, albo bardziej zaawansowanym skierowanym do autora – jak do diabła on to zrobił! Gdzie jest więcej Starcka? Starcka-artysty w muzeum, Starcka-architekta w hotelach, Starcka-designera w sklepie.
– Praca bardzo Panu służy. Sylwetka i energia dwudziestolatka, a i na wadze 25 kilogramów mniej niż przed 10 laty…
– Gdy pracuję, nie jem. A że praca wypełnia mi 20 godzin na dobę, czasu na spożycie posiłku pozostaje niewiele, podobnie zresztą jak i na wszelkie gimnastyczne mody: jogę, aerobik czy prywatnego trenera. A słabe strony smakosza? Uwielbiam czerwone JP Moueix St. Emilion, zwłaszcza to z okolic Bordeaux, i francuskie sery chevre. Ograniczam się, bo w przeciwnym razie nie mógłbym zasiadać na moim trójnożnym krześle albo musiałbym zaprojektować nowe, dla ludzi o wielkim apetycie i dużych brzuchach. Na to jednak jestem już za leniwy.
Artykuły z numeru:
NR 4 JESIEŃ 2005
- Art Deco z dala od Manhattanu - Agata Ostrowska-Galanis
- Barwy jesieni - Halina Niedzielska
- Blaty kuchenne - Małgorzata Mosiej
- Coś... do smaku - Kinga Bagnowska
- Energia prawie za darmo - Piotr Leonowicz
- Floryda wiecznie młoda - Władysław Poncet
- Gdzie się żyje najlepiej - Tomasz Deptuła
- Humvee - Marek Siodłoczek
- Kawaler, ale z gustem w... M1 - Jan Latus
- Kran na umywalkę -
- Odkrywanie Tarnowa - Janusz M. Szlechta
- Polak potrafi - Jolanta Wysocka
- Pomaluj swój świat - Aneta Sadowska
- Starck - w poszukiwaniu lepszego świata - Agata Ostrowska-Galanis
- Tam, gdzie czas płynie wolniej - Aneta Sadowska
- Tylko odsetki -
- Wioski golfowe -
- Zakupy na eBay -
- Zawsze tu mogę wrócić - Alicja Ziemiańska-Ptasznik
- Łatwe w pielęgnacji krzewy - Małgorzata Sulewska




