Czwartek, 20 listopada 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007
Floryda wiecznie młoda
Źródła wiecznej młodości, choć chyba nie dosłownie, szukały – i szukają do dziś – już nie tysiące, ale setki tysięcy emerytów z północnych stanów Ameryki. I tak, po prawdzie, żyć „młodo”, zachowując młodzieńczy wigor, łatwiej daje się tam, gdzie sześćdziesięciolatek traktowany jest jak smarkacz, siedemdziesięciolatek – jak młodzieniec, a osiemdziesiątka to normalka.
Może trochę przesadziłem. Dzisiejsza Floryda, a myślę o jej wybrzeżach: wschodnim (od Jacksonville po Miami) i zachodnim (Tampa, Clearwater, St. Petersburg, Sarasota, Venice, Fort Myers, Naples), to nie enklawa „staroci”, ale dynamiczny rejon z wybalansowanym przekrojem demograficznym. Rejon atrakcyjny w równym stopniu dla tych spragnionych „źródła młodości”, jak i poszukujących „skarbów”, tj. dobrej pracy, możliwości rozwinięcia własnej inicjatywy gospodarczej, a nawet szybkiego dorobienia się przez umiejętne inwestowanie swych, niekoniecznie oszałamiających, zasobów finansowych.
Inwestycje na Florydzie, a przede wszystkim kupowanie działek budowlanych, względnie własnych domów, nie należy oceniać według anegdotek, że na Florydzie kupuje się ziemię nie na akry, ale na galony. Ci, co w swoim czasie kupili te „galony” ziemi za grosze (choć czasami niekoniecznie za grosze), dziś dorobili się fortun, bo ceny parceli przy wodzie sięgają wyżyn astronomicznych. Być może niewiele się pomylę twierdząc, że nikt z nowych przybyszów nie żałuje, że tu się osiedlił i mógł, czy to na starcie życiowym czy też na stare lata, zapewnić sobie i najbliższym ów przysłowiowy godziwy byt.
Cieszy, że umiejętność wykorzystania ekonomicznych trendów nie jest tu domeną Amerykanów, tych miejscowych i tych, którzy napływają z północy, od lat kuszeni ciepłym klimatem. Rzuca się bowiem w oczy działalność całkiem pokaźnej grupy, a raczej grup polonijnych. Rosnąca liczba Polaków wskazuje, że powstaje tu potężny ośrodek polonijny, konkurujący swym etnicznym potencjałem z polskimi, choć może lepiej powiedzieć, polsko-amerykańskimi skupiskami w Illinois, Michigan czy Pensylwanii.
I pomyśleć, że początków napływu polskich imigrantów na zachodni brzeg Florydy doszukać się można w czasach, gdy sławny cyrk Ringling/Barnum kontraktował z Polserwisem uzdolnionych polskich artystów, akrobatów i personel techniczny. A pamiętamy, jaka to renoma otaczała ongiś cyrk PRL. Z głównej kwatery cyrku w mieście Venice niewiele dziś zostało (poza nazwą ulicy i mostu nad kanałem), ale zostali tam Polacy. Startowali w nowym środowisku z mocnej pozycji, a dziś zbierają tego owoce. I nie tylko oni, bo przetartym przez nich szlakiem przybyli inni. Młodzi, zdolni, zapobiegliwi i bez kompleksów.
Osiedlają się tutaj zarówno ci, którzy pragną dogonić uciekającą młodość, jak i ci, których nęcą możliwości urządzenia się w stanie o wspaniałym klimacie, bez stanowego podatku dochodowego, o ciągle jeszcze niezbyt wysokich podatkach samorządowych (a chodzi tu przede wszystkim o podatek od nieruchomości) i podatku od sprzedaży (sales tax), oscylującym, zależnie od powiatu, między 6 a 7%, o wysokim poziomie szkolnictwa podstawowego i średniego. Ci wreszcie, którzy potrafią skorzystać z szansy znalezienia zatrudnienia w lawinowo rosnącym tu przemyśle usługowym. Bo na Florydzie są pieniądze. Kapitał napływa tu niezależnie od perturbacji giełdowych w tradycyjnych centrach finansowych na północy. A może właśnie w wyniku tych perturbacji? To problem dla ekonomistów. Dla kandydata na mieszkańca Florydy ważne jest, że tam, gdzie się wydaje pieniądze, ktoś te pieniądze otrzymuje…
Mnie przyniosło na Florydę pragnienie mieszkania nad morzem, w miejscu spokojnym, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, blisko natury, tam gdzie nie brakuje przestrzeni. Dobry los chciał, że gdy mogłem myśleć o zakończeniu pracy zawodowej, odwiedziłem tę część Florydy i odkryłem to, co było bardzo bliskie wymarzonemu ideałowi: parcela na wyspie, na zachód widok na Zatokę Meksykańską z unikalnymi, zaskakującymi bogactwem swego kolorytu zachodami słońca; na wschód równie porywający widok na daleki brzeg kanału nawigacyjnego, a właściwie śródlądowej zatoki, idealnej dla wodniackiej rekreacji. Wszystko w fascynującej oprawie bujnej, tropikalnej, barwnie ukwieconej zieleni. Do plaży, niby to dostępnej dla wszystkich, a w praktyce pustej i przyjemnie prywatnej, kilka kroków od drzwi wejściowych. I to wszystko za bardzo niską, okazyjną cenę. To były czasy! Wybudowanie tam „domu marzeń” było już połączone z o wiele większym wysiłkiem. Szykowanie się do zamieszkania w warunkach praktycznie już podzwrotnikowych, w dodatku nad samym morzem, uświadomiło nam, przed jakim wyzwaniem stanęliśmy. Koncepcję naszego domu mieliśmy prostą: niczego na wielką skalę, liczba pokoi przykrojona tylko i wyłącznie do naszych potrzeb. Broniliśmy się przed prestiżowym blichtrem. Broniliśmy się przed konwencjami w myśleniu amerykańskich contractors, a nawet przed radami architekta i jego argumentami, że trzeba budować „dom na sprzedaż”. To miał być dom nasz i dla nas. Nie chcieliśmy być niewolnikami olbrzymiego domostwa, natomiast chcieliśmy się wtopić niejako w tradycyjny styl życia w przytulnym zakątku Florydy. Inspiracji dla naszego projektu szukaliśmy na pięknie zabudowanej wyspie Boca Grande, na południe od Venice. Tam właśnie znaleźć można było wzory rozwiązań architektonicznych łączących tradycyjną przestronność i przewiewność wnętrza (a to ważne na Florydzie) z tym wszystkim, co przynosi postęp techniczny. Oczywiście przepisy budowlane, dość surowe ze względu na ryzyko huraganowe, narzucały konieczność nie jednego ani dwóch kompromisów. W efekcie po dwóch latach budowy (tzn. wyczekiwań na zezwolenia, samej konstrukcji i niekończących się prac wykończeniowych) powstał nasz dom. Udał nam się! Potwierdza to dobra już dekada mieszkania w tym prześlicznym zakątku, gdzie jest wystarczająco daleko od spalin, hałasu i wszystkich mankamentów wielkiego miasta, a jednocześnie wystarczająco blisko do centrów kultury: teatru, koncertów, baletu, muzeów, bibliotek. Nie mówiąc już o bliskości szpitali, klinik i wyśmienitych lekarzy.
A nade wszystko blisko do tych wszystkich, z którymi mieliśmy szczęście zadzierzgnąć więzy przyjaźni. Bo „naszą Florydę” odkryli też inni wspaniali ludzie, lądując tu na jesień swego życia po pracowitych latach nie tylko w Stanach, ale i w innych częściach świata.
Jak się później okazało, przed gigantomanią nie uciekniesz. I nasza wyspa, w miarę upływu lat, pada ofiarą inwazji monstrualnych potworów „amerykańskiego baroku”, projektowanych przez goniących za zyskiem deweloperów dla bliskich im mentalnie nuworyszów. Na szczęście ci nowi sąsiedzi, choć wpychają się w przydrożne parcele, zasłaniają ogromem swych „pałaców” widok na morze i kradną błękit nieboskłonu, są wystarczająco daleko od naszej posiadłości, aby zakłócić naszą prywatność. Zdaje więc egzamin pierwotna przezorność opowiedzenia się za małym domem na stosunkowo wielkiej parceli-ogrodzie. A nie odwrotnie, co jest teraz w modzie, niestety.
Pęd do posiadania domu na Florydzie to rzecz nienowa. Oszałamiające są natomiast rozmiary, jakie osiągnął on w ostatnich kilkunastu miesiącach. Parcele z dostępem do otwartego morza, zatoki, a nawet kanału, niezależnie od tego, czy są zabudowane, czy nie, kosztują dziś od przeszło miliona w górę.
Na wyspach – Casey Key, Siesta Key albo Manatee Key, gdzie swe rezydencje pobudowali tacy prominenci, jak pisarz Stephen King, tenisistka Martina Navratilova czy popularny Bobby Winton (ten od „Moja droga, ja cię kocham… ”), i ci „kapitanowie” przemysłu, którzy wolą zachować swą anonimowość – ceny zaczynają się od paru milionów; siedem czy osiem milionów nie jest rzadkością, a góra jak dotychczas to 20 milionów. Pomyśleć: sam podatek w takim krańcowym przypadku sięga 300 tysięcy rocznie. Ale to tych naprawdę zamożnych nie przeraża. Wszystko wskazuje na to, że ich inwestycja jeszcze się pomnoży.
Choć wśród tych milionowych inwestorów doszukalibyśmy się niejednego polskiego lekarza czy przedsiębiorcy z Chicago, Nowego Jorku albo Detroit, przyjrzeć się raczej wypada możliwościom, jakie otwierają się tu dla przysłowiowego „zjadacza chleba”. Dom za 100 tysięcy dolarów na Florydzie to historia. Chyba że gdzieś „u czorta na Kuliczkach”, jak się mawiało w Wilnie. Eksplozja budowlana, która spowodowała olbrzymi rozrost np. wielkiego Miami, ogarnęła – i ciągle jeszcze ogarnia – dające się zabudować tereny wzdłuż obu brzegów Florydy. A także cały obszar wokół Orlando, w środkowej części półwyspu, z którego Disney World uczynił mekkę turystów.
Problemem się staje, że w interesie deweloperów nie leży budowanie domów tanich. Powstające osiedla zaliczyć trzeba raczej do klasy wyższej: lepsza konstrukcja, większa liczba pokoi, lepsze wyposażenie kuchni i łazienek, baseny, wielosamochodowe garaże. Ceny? 250 tysięcy dolarów to dół, około 300 tysięcy to przeciętna. A góra to już pół miliona. I więcej, jeśli ktoś bardzo chce! Podobnie kształtują się ceny kondominiów – mieszkań (względnie domków pod wspólnym zarządem) własnościowych. W dużych blokach z widokiem na morze trudno znaleźć apartament w cenie poniżej miliona. W grę wchodzi zwykle milion z dużym plusem! Ale to już mowa o superluksusie.
Ostatnio rysuje się tendencja sprzedawania na własność obiektów planowanych i budowanych jako mieszkania do wynajęcia. Chętnych nie brakuje. Kupują ci, co chcą i muszą tu mieszkać. Ale kupują też (chciałoby się powiedzieć: na wyścigi) ci, co w najlepszym przypadku myślą o lokum na wakacje, a w istocie rzeczy spekulują, że istniejąca hossa potrwa jeszcze wiele, wiele lat. Pomaga takiemu nastawieniu łatwość uzyskania względnie taniego kredytu hipotecznego i przeświadczenie (podbudowane pamięcią giełdowego krachu akcji i papierów wartościowych), że lepiej jednak jest lokować swe pieniądze w wartościach konkretnych, a więc w ziemi, domu.
Bo ceny nie przestają piąć się w górę. Piąć się? Ba! Mówi się o ich eksplozji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy wyliczono, że przeciętny wskaźnik wzrostu w typowym, szybko rozwijającym się rejonie Florydy, tam gdzie domy są stosunkowo tanie (ciągle jeszcze niewiele poniżej 200 tysięcy), jak np. North Port w powiecie Sarasota, przekraczał 16%. Mógłbym w tym miejscu sypnąć przykładami wzrostu nawet trzydziestoprocentowego w skali półrocznej, ale są to sytuacje skrajne.
Dziś na Florydzie żuraw budowlany urasta do symbolu stanowego ptaka. Rozkopane ulice, rozbudowa infrastruktury, gorączkowe szukanie stylu (i sensu) nowo powstających osiedli. Czy mają to być ogrodzone enklawy „sypialniane”, rozrzucone wokół tradycyjnego śródmieścia? Czy też należy planować nowoczesne „wioski”, z własnymi sklepami, miejscami pracy i centrami kulturowymi? Wszystko to staje się normalką. Prasa lokalna bije na alarm: jak uporać się z problemem zapewnienia mieszkań, na jakie pozwolić sobie będą mogli ci wszyscy zapewniający usługi dla tych, których nie odstraszają niemal milionowe ceny domów albo apartamentów? Takie bicie na alarm może jest przedwczesne, ale sygnalizuje narastające problemy. A i tak jest już ich sporo. Najbardziej istotne dla „starych Florydczyków” jest to, jaką drogą idzie ten cały postęp, ten trend zabudowania każdej pustej przestrzeni, likwidowania lasków i gajów, wpychania się na bagniste pastwiska, betonowania placów pod parkingi? Czy dojdzie do tego, co stało się w Miami i co dzieje się w okolicach Pensacoli, gdzie jak tylko okiem sięgnąć – domki, domki, domki… ze strzelającymi w górę wieżowcami wielkich hoteli albo bloków superluksusowych condos?
Jedno jest pewne: postępu nie zatrzymasz. Sęk w tym, aby on nam służył. Zazielenienie Florydy nie musi oznaczać przeliczenia wszystkiego na „zielone”, nieprawdaż?
napisany przez 21:33 15-08-2007 Malina Kowalska
wszystko pieknie ladnie gdyby ten tekst byl napisany 2 lata temu..dzis niestety (dotyczace cen, popytu na mieszkania i kredytow) mijaja sie z prawda.... troche wstyd ze autor- korzystal tylko z materialow i doswiadczen z przed roku, 2 lat..... wstyd....teksty powinny byc rzetelne jesli maja byc wiarygodne...
napisany przez 08:18 16-08-2007 Leszek S.
Skomentuję poprzednią wypowiedź, ten tekst BYŁ pisany 2 lata temu, ukazał sie w magazynie Twój Dom na JESIEŃ 20005, także autor powinien być przez Panią "rozgrzeszony". Prosze zobaczyć z prawej strony ten, i resztę tekstów z numeru: NR 4 JESIEŃ 2005.
Pozdrowienia.
Artykuły z numeru:
NR 4 JESIEŃ 2005
- Art Deco z dala od Manhattanu - Agata Ostrowska-Galanis
- Barwy jesieni - Halina Niedzielska
- Blaty kuchenne - Małgorzata Mosiej
- Coś... do smaku - Kinga Bagnowska
- Energia prawie za darmo - Piotr Leonowicz
- Floryda wiecznie młoda - Władysław Poncet
- Gdzie się żyje najlepiej - Tomasz Deptuła
- Humvee - Marek Siodłoczek
- Kawaler, ale z gustem w... M1 - Jan Latus
- Kran na umywalkę -
- Odkrywanie Tarnowa - Janusz M. Szlechta
- Polak potrafi - Jolanta Wysocka
- Pomaluj swój świat - Aneta Sadowska
- Starck - w poszukiwaniu lepszego świata - Agata Ostrowska-Galanis
- Tam, gdzie czas płynie wolniej - Aneta Sadowska
- Tylko odsetki -
- Wioski golfowe -
- Zakupy na eBay -
- Zawsze tu mogę wrócić - Alicja Ziemiańska-Ptasznik
- Łatwe w pielęgnacji krzewy - Małgorzata Sulewska
Najczęściej czytane
Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych
sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK


