Czwartek, 20 listopada 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007
Zawsze tu mogę wrócić
Miasta mojego urodzenia – Borysławia w okolicach Lwowa – nigdy nie poznałam. Kiedy rodzina dowiedziała się, że po zmianie granic przyszłoby nam żyć już nie w Polsce, ale w Związku Radzieckim, w pośpiechu uciekła z tego „raju”, kiedy miałam 6 miesięcy.
Po opuszczeniu Borysławia w 1945 roku z tłumami innych repatriantów osiedliśmy się w Wałbrzychu na Dolnym Śląsku na tzw. ziemiach odzyskanych. Czasy były bardzo ciężkie, wszystko, co rodzice posiadali, zostało za nową granicą, a w kraju zniszczonym wojną też niewiele było. Jako że rodzice byli bardzo zajęci pracą i tworzeniem nowego domu, ja pozostawałam pod opieką matki mego ojca, babci Genowefy Ziemiańskiej, i praktycznie to jej dom był moim pierwszym domem, jaki mam w pamięci.
Było to małe mieszkanko poza miastem, w dzielnicy Podgórze przy ul. Przeskok 16. To był wspaniały okres mego dzieciństwa. Teraz zdaję sobie sprawę, jaki ogrom babcinej miłości do mnie wypełniał te niewiele metrów kwadratowych. Z babcią zajmowałam się ogródkiem przed domem, chodziłam do lasu na grzyby, jagody i maliny. Zbierałyśmy na łąkach polne kwiaty i plotłyśmy wianuszki na święta maryjne. Ona pierwsza uczyła mnie pacierza oraz miłości do Boga, ojczyzny i ludzi.
Miałam też mnóstwo kolegów i koleżanek, z którymi spędzałam prawie całe dnie. Rajem dla mnie – jak i całej dzieciarni – było buszowanie po opuszczonych przez Niemców i przeznaczonych do rozbiórki domach. Znajdowaliśmy tam różne „skarby”, które z dumą przynosiliśmy do domów. Cennymi na owe czasy zdobyczami były m.in. żelazko na duszę, którego babcia używała przez wiele lat, oraz tara do prania. Do dziś mam też dwie porcelanowe figurki, które stały u babci na kredensie.
Wszystko zmieniło się w momencie narodzin mojej siostry, Marty, w sierpniu 1950 r. Pojechałam z babcią zobaczyć nowego członka rodziny do mieszkania moich rodziców przy ul. Słowackiego 3/5. Mnie, wówczas 6-letniemu dziecku, siostra wydawała się jakąś specjalną lalką, która poruszała rączkami i nóżkami, robiła śmieszne minki i – nie wiadomo, czemu – czasem płakała. Gdy zaczęło się ściemniać, powiedziałam do babci: „Jedźmy już do naszego domku”. Choć tego nie rozumiałam, to pamiętam smutne spojrzenie mojej mamy. Nic przecież nie zawiniła, taka była konieczność życiowa, a ja nieświadomie wyrządziłam jej przykrość. Rodzice zdali sobie sprawę z tego, że ich dom nie jest moim domem. Wkrótce więc podjęli decyzję i od września zamieszkałam z nimi. Początkowo wszystko było dla mnie obce. Inne ściany, inne meble i nowe otoczenie. Najtrudniej było mi się przyzwyczaić do tego, że śpię sama i zasypiając nie czuję na swojej głowie dłoni babci. Dobrze chociaż, że przychodziła do nas codziennie o godz. 7 rano, a wychodziła, kiedy rodzice wracali, około 8 wieczorem.
Mieszkanie rodziców znajdowało się w czteropiętrowym poniemieckim budynku. Były to trzy duże pokoje, kuchnia i balkon na trzecim piętrze. W każdym pokoju był wysoki piec kaflowy, co było wielkim utrapieniem zimą. Każdego dnia trzeba było z piwnicy targać wiadra z węglem, a do tego wokół pełno kurzu po wybieraniu z nich popiołu. Sprzątało się więc na okrągło. Ubikacja była na półpiętrze i dzieliliśmy ją z sąsiadami. O dozorcach domów nikomu się wtedy nawet nie śniło, więc co drugi tydzień przypadało nam w udziale szorowanie schodów i sprzątanie ubikacji. Nasz budynek był położony w najwyższym punkcie miasta i każdego dnia od 11 rano do 15 ciśnienie wody było tak słabe, że do naszego mieszkania już nie dochodziła. Jedynym wyjściem było przynoszenie jej z sąsiedniego budynku.
Z powodu owych problemów z wodą często korzystaliśmy z miejskiej łaźni, a jeśli kąpiel odbywała się w domu, to przed nią wszyscy się zdrowo napocili przynosząc wodę, a potem naczekali, aby ją nagrzać i przelać do blaszanej wanny. Duże pranie w tej sytuacji robiło się raz w miesiącu.
Po narodzinach mego brata Andrzeja, w 1952 r., rodzice skorzystali z nadarzającej się okazji i zamienili mieszkanie. W tym samym budynku co prawda, ale na pierwszym piętrze. Radość ogromna zapanowała w rodzinie, bo było bliżej do piwnicy po węgiel i z kranu zawsze leciała woda. Standard życia nam się trochę poprawił – nie wiem, jakim cudem, ale ojciec kupił od kogoś rosyjską pralkę. Po włączeniu jej miało się wrażenie, że po domu jeździ traktor, ale tara poszła w odstawkę. Słowem – luksus.
Mieszkanie moich rodziców w tych czasach nie było elegancko urządzone z uwagi na podejście ówczesnej władzy do tzw. prywatnej inicjatywy, którą nazywano drobnokapitalistami. Rodzice byli właścicielami małego sklepu warzywno-owocowego. W tych czasach ta grupa ludzi, płacąca wysokie podatki, była bardzo źle traktowana. Nie mieliśmy żadnego ubezpieczenia medycznego. W przypadku choroby – za szpital, wizytę u lekarza i lekarstwa – obowiązywała nas 100-procentowa odpłatność. Sąsiadka za takie samo mieszkanie płaciła 170 złotych, a moi rodzice – 504. Kontrole różnych urzędników skarbowych nie omijały mieszkania i jego względnie przyzwoite urządzenie pociągało za sobą tzw. domiar, czyli dodatkowe opodatkowanie.
Imponujące było za to ogromne podwórko, do którego przylegały trzy budynki. Rosły na nim trzy duże drzewa i był wspaniały trzepak, na którym w najprzeróżniejszych pozach wisiały lub wywijały się latorośle lokatorów. A że należeliśmy do tzw. wysypu powojennego, to było nas około trzydziestki. Poza czasem spędzanym w szkole, a szczególnie w wakacje, chwili ciszy nikt nie uświadczył od rana do wieczora. Wszyscy znali się jak przysłowiowe łyse konie. Chodziliśmy do tej samej szkoły i razem rozrabialiśmy, łażąc po drzewach, dachach i strychach. Nie mieliśmy pięknych zabawek, wspaniałych gier, telewizorów, ale mieliśmy coś, czego teraz dzieciom brakuje. My nie byliśmy dziećmi tylko mamy i taty. My byliśmy dziećmi wszystkich rodzin tam mieszkających, i to z wszelkimi tego konsekwencjami. Sąsiadki, które nie pracowały, opiekowały się wszystkimi dziećmi. Latem wszystkie dzieci jadły nieraz pierogi z jagodami, które robiła dla nas koleżanka mojej mamy, p. Marysia Czajowa, pani Zachariasz często przynosiła nam picie, moja mama serwowała dla wszystkich owoce. Kiedy za bardzo rozrabialiśmy, to swoim donośnym głosem uspokajała nas p. Grymuzowa. Nierzadko też każde z nas za niesforne zachowanie „inkasowało” od sąsiadki siarczystego klapsa, a rodzice dowiadywali się o tym fakcie od tej, która go wymierzała. Żadne z nas nie skarżyło się rodzicom, aby nie było „poprawki”. Nikt nikogo za to nie straszył sądem, rodzice informowali się wzajemnie o naszych wybrykach, a nam to wyszło na dobre.
Po ukończeniu szkoły podstawowej zdałam egzamin i zostałam przyjęta do V Liceum Ogólnokształcącego w Wałbrzychu-Sobiecinie, o którego wyborze zadecydowali rodzice. Była to prywatna szkoła katolicka dla dziewcząt, prowadzona przez siostry niepokalanki – jedna z niewielu w Polsce. Mina mi zrzedła, gdy dowiedziałam się, że będę mieszkała w internacie. Strasznie się buntowałam, ale tylko w duchu, jako że były to czasy, gdy z rodzicami się nie dyskutowało. Nie mogłam w żaden sposób zrozumieć, dlaczego – żyjąc w tym samym mieście – nie mogę po prostu codziennie dojeżdżać do szkoły. Jednak rodzice byli nieprzejednani i 1 września, z całą wyprawką, zostałam odwieziona do internatu.
Pierwsze godziny po odjeździe rodziców miałam wypełnione zapoznawaniem się z nowym miejscem i rozpakowywaniem oraz układaniem w szafce swoich rzeczy. Pomagały nam w tym siostry i uczennice ze starszych roczników. Sypialnie były dziesięcioosobowe, w nich łóżka szpitalne pomalowane na biało, zamiast materaców miałyśmy sienniki, przy łóżkach taborety. Pierwsza noc dla nowego rocznika okazała się najtrudniejsza. Z naszych sypialni dochodziły pochlipywania i każda tuliła się do mokrej od łez poduszki. Ale, jak się okazało, nie byłyśmy same. Co kilkanaście minut nad każdą pochylała się siostra w białym habicie, głaszcząc nas po głowie i ocierając nasze zapłakane oczy.
Tęsknota za rodziną i domem zdawała się być nie do pokonania, jednak z każdym dniem było lepiej. Powoli wdrażałyśmy się w nowe, bardzo uregulowane życie szkolne i internackie. Pobudka o 7:15 rano, poranna toaleta, ścielenie łóżek, śniadanie i lekcje od 8 do 14:30. Potem obiad i spacer z siostrą w górki. Szybko opanowałyśmy dotąd nieznane nam nazwy – refektarz, czyli jadalnia, infirmeria – sala chorych, rekreacja – czas relaksu, oraz studium – czas na odrabianie lekcji. Największy problem stanowiło opanowanie imion niektórych sióstr – Immaculata, Filotea, Scholastyka, Anuncjata, Bonawentura…
Poczucie tego, że jest to nasz nowy dom, siostry stworzyły nam przez to, że czynnie uczestniczyłyśmy w dbaniu o niego. Według grafiku sprzątałyśmy zarówno internat, jak i szkołę, zmywałyśmy naczynia po obiedzie, nakrywałyśmy stoły do następnego posiłku, pomagałyśmy w porządkowaniu ogrodu klasztornego i przy zbieraniu ziemniaków. Siostry wymagały od nas wiele, szczególnie jeśli chodzi o naukę. Poziom nauczania był bardzo wysoki, bo to w znacznym stopniu decydowało o istnieniu tej szkoły i przyznawaniu jej każdego roku praw państwowych jako szkole katolickiej. Konsekwencją nieprzyznania tych praw była matura ze wszystkich przedmiotów i pozbawienie nas legitymacji uczniowskiej.
Ze wszystkich przedmiotów byłyśmy wprost maglowane na okrągło i do każdej lekcji przygotowywane tak, jakby miała być wizytacja. Bo też nigdy nie było wiadomo, kiedy panom z wrocławskiego kuratorium przyjdzie ochota nas odwiedzić.
Oprócz nauki ogromną wagę siostry przykładały do wychowania nas. Dużo z nimi rozmawiałyśmy. I choć początkowo byłyśmy nieufne, to po pewnym czasie okazywało się, że są nie tylko naszymi nauczycielkami i wychowawczyniami, ale też naszymi przyjaciółkami. Znały problemy każdej z nas i można było z nimi porozmawiać na każdy temat. W końcu przebywałyśmy ze sobą cały czas i każdą z nas doskonale znały. Każdy problem rozwiązywały szczerą i spokojną rozmową. Wszystkie czułyśmy, że nie jesteśmy dla nich tylko uczennicami, ale ich dziećmi. Zawsze nam mówiły: „Kochane dzieci, my jesteśmy jedną rodziną i jakie to szczęście, że tak dużą rodziną”. Wpajały nam miłość do Boga, do ojczyzny, do rodziny i do każdego człowieka, którego Bóg postawi na naszej drodze. Uczyły nas odpowiedzialności za siebie i za innych. A to wszystko sprawiło, że po wakacjach z radością wracałyśmy do naszego „Sobka”, jak pieszczotliwie nazywałyśmy klasztor.
Po maturze, przed opuszczeniem szkoły, miałyśmy ostatnie spotkanie z siostrami. Do dziś pamiętam słowa, które skierowała do nas dyrektorka szkoły, siostra Grażyna: „Kochane nasze dzieci. Dzisiaj wyfruwacie z naszego niepokalańskiego gniazda. Pamiętajcie, jeśli same siebie nie będziecie szanować, to nikt was nie będzie szanował. Żyjcie nie po to, aby MIEĆ, ale po to, aby BYĆ. Skończyłyście u nas edukację, ale ten dom, i każdy niepokalański dom, jest waszym domem, do którego zawsze możecie wrócić, kiedy będziecie chciały albo kiedy zajdzie taka potrzeba”.
Często więc wracam do tego domu. Na przeróżne jubileusze szkoły, kolejne -lecia matury i za każdym razem, kiedy jestem w Polsce. Do dziś bowiem każda z nas wie, że w niepokalańskich klasztorach zawsze ktoś o nas pamięta, że się za nas modli, że o nas myśli, że nas kocha, że ktoś na nas czeka, że możemy tam wracać i osoba w białym habicie powita nas z szeroko rozłożonymi rękami, przytuli, nakreśli krzyżyk na czole i powie: „Witaj w domu”.
Artykuły z numeru:
NR 4 JESIEŃ 2005
- Art Deco z dala od Manhattanu - Agata Ostrowska-Galanis
- Barwy jesieni - Halina Niedzielska
- Blaty kuchenne - Małgorzata Mosiej
- Coś... do smaku - Kinga Bagnowska
- Energia prawie za darmo - Piotr Leonowicz
- Floryda wiecznie młoda - Władysław Poncet
- Gdzie się żyje najlepiej - Tomasz Deptuła
- Humvee - Marek Siodłoczek
- Kawaler, ale z gustem w... M1 - Jan Latus
- Kran na umywalkę -
- Odkrywanie Tarnowa - Janusz M. Szlechta
- Polak potrafi - Jolanta Wysocka
- Pomaluj swój świat - Aneta Sadowska
- Starck - w poszukiwaniu lepszego świata - Agata Ostrowska-Galanis
- Tam, gdzie czas płynie wolniej - Aneta Sadowska
- Tylko odsetki -
- Wioski golfowe -
- Zakupy na eBay -
- Zawsze tu mogę wrócić - Alicja Ziemiańska-Ptasznik
- Łatwe w pielęgnacji krzewy - Małgorzata Sulewska
Najczęściej czytane
Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych
sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK

