Śnieżny fenomen
Parujące, lśniące konie, za nimi rzeźbione, odświętne sanie. W saniach wśród zwierzęcych skór piękne panny, obok eleganccy panicze, hej! Oj, działo się ongiś po wsiach podczas kuligów, działo. A dzisiaj...
Na słowo kulig w oczach dzieciaków pojawia się błysk. Każdy maluch z polskiej podstawówki opowie zatrważającą historię, jak to kulig pruł przez śniegi, a on walczył z żywiołem i biegł po spektakularnym upadku, zawsze dopadał sanek w ostatniej chwili i... bawił się dalej. Sama dobrze jeszcze pamiętam, jak za każdym razem, gdy tylko ktoś chciał mnie słuchać, sprawozdanie z klasowej wycieczki stawało się coraz bardziej zajmujące, raz po raz koń przyspieszał, a przygoda cała stawała się niemal niebezpieczna.
Szczypta historii
Niektórzy pierwsze kuligi datują na czasy Piasta, trudno jednak doszukać się dowodów potwierdzających tę tezę. Z pewnością natomiast są częścią polskiej tradycji od wieków. Najhuczniejsze kuligi urządzano nad Wisłą za czasów króla Sobieskiego. Był to wówczas przywilej arystokracji, zabawa dla ludzi z kręgów towarzyskich. Bogato zdobione sanie ciągnęły wypielęgnowane wierzchowce ze szlacheckich stajni. Wyprostowani jak struna stangreci trzymali pochodnie, by przyświecać wielmożnym państwu. W środku, w atłasowych sukniach z rękami wetkniętymi w puszyste mufki siedziały radosne, roześmiane i przeraźliwie bogate panny. Grajkowie przygrywali skoczne melodie. Kuligi nie były jedynie beztroską zabawą. W saniach załatwiano interesy, swatano pary i łagodzono spory. Do dziś słowo „kulig” w zagranicznych encyklopediach przedstawiane jest jako staropolska, tradycyjna zabawa szlachty w okolicach świąt Bożego Narodzenia.
Jednak kulig to nie tylko rozrywka dla wielkich państwa. Samo słowo wywodzi się od nazwy buławy, laski zakończonej kulą, którą na znak rozpoczęcia przygotowań do saneczkowej wyprawy przekazywała sobie po wsiach młodzież z chaty do chaty. Na zimowe święto zjeżdżały całe wsie. Kulig był wytchnieniem, okazją do towarzyskich spotkań i pogaduszek. Tradycyjnie saneczkowe eskapady organizowano od Wigilii aż po początek postu, kiedy to w bogobojnych wsiach zaprzestawano wszelkich zabaw i hulanek. Kuligi bowiem kończyły się nieodmiennie zabawą, obżarstwem i piciem. Tak to wyglądało kiedyś. Dzisiaj jest nieco inaczej.
Biznes
Dziś kuligi to po prostu świetny sposób na zarobienie pieniędzy. Gdy tylko pojawi się pierwszy śnieżny puch, po saneczkowe szaleństwo ustawiają się kolejki zgłodniałych obcowania z przyrodą mieszczuchów. W Polsce z większych miast do wsi zjeżdżają całymi autokarami szkolne i rodzinne wycieczki. Kilkudniowe niegdyś święto zmieniło się w półgodzinną przejażdżkę za zmęczonym konikiem, który po całym dniu ciężkiej pracy zwykle nie daje rady wciągnąć wszystkich pod niewielkie pagórki. Bywa więc, że nawet połowę wyprawy pokonuje się pieszo. Zwykle kulig kończy się ogniskiem, podczas gdy zmachany koń wraca po kolejną dostawę oczekujących na zabawę przyjezdnych. Starsi raczą się przy ogniu butelką miejscowego piwa, młodsi herbatą. Jeszcze tylko kiełbaska z musztardą z plastikowego talerzyka i można wracać do domu, suszyć przemoknięte ubrania.
Kuligi to w Polsce stosunkowo niedrogi wypad. Z przejazdem i poczęstunkiem dla zorganizowanych grup kosztują zwykle w granicach 20 złotych od osoby, prawie tyle, co wyjście do kina. Dla organizatorów przygotowanie takiej rozrywki to czysty zysk. Konie i tak muszą utrzymać przez cały rok, pozostaje jedynie zakup sanek i poczęstunku w hipermarketach. W sumie grosze.
Z klasą i na wariata
Jako, że rynek turystyczny stara się sprostać gustom wszystkich klientów, organizowane są także kuligi „z klasą”. Najbardziej popularne odbywają się w Tatrach, w urokliwej Dolinie Chochołowskiej. Przyzwyczajone do bryczek konie z gracją suną wieczorami, ciągnąc za sobą sanie z plastikowymi sztukateriami, jak niegdyś po bokach płoną pochodnie. I do tego wszystkiego góralska muzyka. Za taki luksus trzeba jednak słono płacić. Wynajęcie pokoju w hotelu na Krupówkach wraz z wyżywieniem i kuligiem to wydatek rzędu przynajmniej kilkuset złotych.
W wersji podstawowej - bezpośrednio za koniem znajdują się jedne duże sanie. W nich jadą opiekunowie opatuleni kocami z polaru. Prawdziwa zabawa trwa na małych, wywracających się na każdym wertepie sankach przyczepionych z tyłu. Najłatwiej o wywrotkę na ostatnich, szczególnie jeśli ci z przodu bawią się w zakręcanie. Tu można nabić sobie guza, który potem obnoszony będzie dumnie, niczym trofeum. Aby urozmaicić wypad i dać odrobinę odetchnąć pociągowej szkapie, w połowie wycieczki kulig zatrzymuje się i następuje wojna na śnieżki - o ile jest dość białego puchu - oraz konkursy i zabawy.
Coraz częściej z uroków kuligów korzystają też firmy. Wspólna wycieczka pracowników pozwala odetchnąć od biurowego kieratu i poznać się na neutralnym gruncie. Do praktykowania zyskującego popularność „team buildingu” kulig świetnie się bowiem nadaje. Beztroska zabawa, ale też konkurencja i szczypta emocji pozwalają lepiej się zrozumieć i budować zespół. Trafienie szefa śnieżką albo zrzucenie go z sanek stanowi wymarzoną nagrodę za całe miesiące bycia podległym. Na kuligach bowiem wszyscy są równi.
Kulig w Ameryce
Jak się okazuje, przywiązanie do śnieżnej tradycji wśród Polaków jest tak silne, że również w Stanach Zjednoczonych postanowiono zadbać o jej kultywowanie. Nie jest to na razie zjawisko powszechne, ale z roku na rok coraz śmielej przedziera się przez ofertę polonijnych biur podróży. Najczęściej kulig jest jednym z punktów całego pakietu atrakcji oferowanych klientom np. na czas sylwestra. „Pomyśleliśmy, że pomysł zorganizowania kuligu w Nowy Rok może się tutejszym Polakom spodobać - mówi Aleksandra Habura z mieszczącej się w Wallington (NJ) firmy Daltona Travel. - I nie myliliśmy się. Nasi klienci na hasło kulig promienieją, odżywają w nich piękne wspomnienia z dzieciństwa, z Polski”.
Każdego roku w ofercie swojego biura pani Aleksandra przygotowuje polski bal sylwestrowy w hotelu mieszczącym się w Pocono Manor w Pensylwanii. Następnego dnia wieczorem balowicze zakładają ciepłe kurtki, dwie party skarpet, czapki i rękawiczki i wsiadają do... no właśnie, do czego?
„To nie są typowe sanie, które pamiętamy z kraju. To rodzaj dużego, odkrytego wozu, stylizowanego w środku. Wóz wyposażony jest w płozy, dzięki czemu swobodnie porusza się po śniegu” - opisuje pani Habura.
Jest jednak pewien element, który usprawiedliwia amerykańską podróbkę. Te sanie ciągnięte są przez najprawdziwsze konie z pobliskiej stajni!
A do tego, jak zwykle: śpiewy, pochodnie, a później ognisko, tańce i - bez tego polska tradycja niewątpliwie by osłabła - coś na rozgrzanie.
Widać zatem, że naszą tradycję warto kultywować. Do sanek więc!
Artykuły z numeru:
NR 5 ZIMA 2006
- Aniołowie się radują... - Halina Niedzielska
- Bezpieczne szaleństwo - Tomasz Deptuła
- Dom na górce - Janusz M. Szlechta
- Domowy bar z klasą - Marcin Żurawicz
- Energooszczędne mieszkanie - Piotr Leonowicz
- Jaki odkurzacz dla ciebie? - Aneta Sadowska
- Kredens - Janusz M. Szlechta
- Lexus, czyli E = MC2 - Marek Siodłoczek
- Małe jest piękne - Aneta Sadowska
- Nowoczesność z wyboru - Agata Ostrowska-Galanis
- Nowy Jork podhalański - Małgorzata Sulewska
- Ogrzewanie podłogowe - Mirosław Waluś
- Okap w naszej kuchni -
- Pogoń za marzeniem - Agata Ostrowska-Galanis
- Stopy do góry? - Tomasz Deptuła
- Storczyki - kwiaty dla każdego - Jolanta Wysocka
- Twoje igloo - Jan Latus
- Wnętrza na płótnie - Czesław Karkowski
- Zakopane w Catskill - Hanna Hartowicz
- Zamieszkać w dolinie Hudsonu -
- Śnieżny fenomen - Dorota Jarowicz




