Twoje igloo
Jak każdej zimy, w eskimoskiej wiosce nic się nie działo. Rodziny siedziały stłoczone w swoich igloo, jedząc słoninę, wdychając dym łojowej lampy, śpiąc, kopulując i puszczając bąki.
Aż tu pewnego dnia, czy raczej - wiecznej nocy, czy też raczej - wiecznie oświetlonej nocy polarnej, jednemu z wieśniaków zawalił się strop w pospiesznie zbudowanym domostwie. „Tak to się kończy, jak budowniczy jest w gorącej wodzie kąpany” - szydzili mieszkańcy, gdyż, jak to zimą i jak to w wiosce, wszyscy o wszystkim wiedzieli.
Żeby nie zamarznąć, pechowy lokator napiął nad otworem w suficie jelito. Uszczelnił starannie jego brzegi, tak że w pomieszczeniu nawet specjalnie się nie ochłodziło.
Tej nocy w jego kobietę, a ściślej - w jej ciało, wstąpił nowy duch. Nie zważając na pokasływania dzieci, pochrapywanie dziadków, pobekiwanie kóz i wycie psów huskie, kochała się długo, jak w noc poślubną. „To ten widok przez okno w suficie na gwiazdy tak na mnie podziałał” - wydusiła wreszcie, gdy ją profilaktycznie zbił, by dowiedzieć się, skąd w niej taka nagła chuć.
Dowiedziawszy się o tym, i inni mieszkańcy wioski postanowili zrobić dziury w sufitach. „Kto to słyszał! Osłabiacie dla próżnej zachcianki wasze schronienia na całą zimę. Nie zmieniajcie czegoś, co służyło nam dobrze przez całe pokolenia!” - grzmiała starszyzna. Nadaremnie.
Wkrótce każdy Eskimos chciał mieć skylite. Nie wszyscy potrafili jednak to zrobić. Kilku zawaliły się całe domy i zamarzli. Ci zręczniejsi w rękach zaczęli więc oferować innym, że zrobią im okno w stropie - za połeć słoniny, w ostateczności - za noc z żoną gospodarza.
Zadowoleni z dobrego biznesu, ci, którzy robili okna, wnet przestali zajmować się swoimi huskie. I na to znalazła się rada: ktoś inny wymyślił, że zbuduje dla psów... osobne igloo! Z tej ekstrawagancji na początku się śmiano - aż do momentu, kiedy najbogatszy mieszkaniec osady kazał sobie nie tylko zrobić dziury we wszystkich stropach i zbudować domek dla psów, ale jeszcze postawił sobie... igloo na sanki! Tłumaczył, że trzymać tam może jeszcze inne przedmioty, na przykład niepotrzebne w czasie zimy sieci i wędki.
Inni Eskimosi zaczęli wyprzedawać się ze słoniny, a nawet z żon, aby tylko dorównać bogatszym. Ale nie byli w stanie. Wynosili się więc jak niepyszni z wioski i kto wie, gdzie ich tam zimowa wichura zagnała. W pozostawionym po nich miejscu bogacze stawiali ogromne igloo, z osobnymi izbami dla rodziców i innymi jeszcze dla dzieci i dla kóz. A wójt ponoć wykuł sobie w lodzie osobną łazienkę dla każdej izby!
Dobrze się mieli nie tylko rzemieślnicy, ale i producenci garbowanych jelit oraz narzędzi do kucia w lodzie.
Najbogatsi już naprawdę nie wiedzieli, co robić z pieniędzmi. Kazali sobie wykuwać z lodu stoły bilardowe, a nawet sauny (pomysł okazał się niefortunny). Bogacze gromadzili się w swoim towarzystwie, tworząc ekskluzywne osiedla, za utoczonym ze śniegu murem, z wartownią i lodowiskiem tylko do użytku mieszkańców.
W tej licytacji, kto ma najlepsze igloo, doszło nowe kryterium: czyje igloo jest najpiękniejsze. Zakopani w śniegu i pogrążeni w ciemnościach i ciemnocie Eskimosi nie wiedzieli dotychczas, że można żyć piękniej. Pojawili się więc doradcy. Pomagali im projektować igloo, aby wyglądało jak zamek Królewny Śnieżki albo jak jakaś wielka góra. Pokazywali miniaturowe modele z lodu i szkice na deszczułce.
Ponieważ te wielkie igloopałace były poza zasięgiem możliwości większości Eskimosów, wkrótce pojawiły się osobliwe usługi: można było, na poczet zakupu Pałacu Zimowego, zastawić swoje psy, sanie, a nawet żony. Wszyscy uważali, że jest to doskonały interes i chętnie brali pożyczki.
Budowano coraz więcej coraz większych igloo. Nic nie było nadmierną ekstrawagancją, skoro wiedziano, że zawsze można będzie kiedyś igloo sprzedać. „Na kupnie lodu nikt jeszcze nie stracił” - powtarzano starą maksymę. Tylko frajerzy szykowali jeszcze sanie do kolejnego sezonu, tylko nieudacznicy nadal łowili ryby i polowali na renifery. Inni w tym postagrarnym i postindustrialnym igloolandzie zajmowali się usługami: projektowania igloo, sprzedawania igloo, dawania pożyczek na igloo, zakładania jelit na okna, krat z kłów na drzwi, baterii łazienkowych z rogów. Powstał nawet, pisany na reniferzej skórze, poradnik „Twoje Igloo”, w którym prezentowano, na pokusę i na wzór, najbogatsze, najpiękniejsze igloo w wiosce i na całym świecie. „W igloo spędzasz 10 miesięcy w roku, a więc prawie całe swoje życie. Ważne więc, aby ten twój dom był nie tylko dobrą inwestycją, ale był także piękny i przytulny” - pisał poradnik.
Aż wreszcie słońce zaświeciło i wszystko roztopiło.
Artykuły z numeru:
NR 5 ZIMA 2006
- Aniołowie się radują... - Halina Niedzielska
- Bezpieczne szaleństwo - Tomasz Deptuła
- Dom na górce - Janusz M. Szlechta
- Domowy bar z klasą - Marcin Żurawicz
- Energooszczędne mieszkanie - Piotr Leonowicz
- Jaki odkurzacz dla ciebie? - Aneta Sadowska
- Kredens - Janusz M. Szlechta
- Lexus, czyli E = MC2 - Marek Siodłoczek
- Małe jest piękne - Aneta Sadowska
- Nowoczesność z wyboru - Agata Ostrowska-Galanis
- Nowy Jork podhalański - Małgorzata Sulewska
- Ogrzewanie podłogowe - Mirosław Waluś
- Okap w naszej kuchni -
- Pogoń za marzeniem - Agata Ostrowska-Galanis
- Stopy do góry? - Tomasz Deptuła
- Storczyki - kwiaty dla każdego - Jolanta Wysocka
- Twoje igloo - Jan Latus
- Wnętrza na płótnie - Czesław Karkowski
- Zakopane w Catskill - Hanna Hartowicz
- Zamieszkać w dolinie Hudsonu -
- Śnieżny fenomen - Dorota Jarowicz