Dom na górce
Skąd jesteś? To wydawałoby się banalne pytanie we mnie zazwyczaj wywołuje panikę. No bo co właściwe mam odpowiedzieć? No bo skąd tak naprawdę jestem? Gdzie jest mój rodzinny dom?
Czyż mógłbym uczciwie nazwać siebie Amerykaninem, po latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych, uroczystym złożeniu przysięgi i otrzymaniu paszportu amerykańskiego (jeszcze takowego nie posiadam)? Nie, na pewno nie, bowiem moje niebo wciąż jest biało-czerwone, a ulubioną z dzieciństwa rzeką - kielecka Silnica. I wydaje mi się, że nic już tego nie zmieni.
Na tej samej zasadzie mam trudności ze stwierdzeniem, gdzie jest mój rodzinny dom? Urodziłem się w Marianowie koło Czarnolasu - miejsca, gdzie żył i tworzył znakomity poeta Jan Kochanowski. Moi rodzice byli nauczycielami i oboje uczyli w czarnoleskiej szkole. Żyli w wynajętym mieszkaniu w sąsiedniej wiosce Marianowie, którego nie mam prawa pamiętać, bowiem niespełna dwa lata po moim przyjściu na świat przeprowadziliśmy się do Dąbrowy koło Kielc. W Dąbrowie mieszkaliśmy w szkole na piętrze: rodzice, ja i mój starszy brat Włodek. Wystarczyło zejść po drewnianych schodach, aby znaleźć się w klasie. Sześć lat później urodził się mój drugi brat Andrzej. Krótko po jego narodzinach ojciec wyjechał na Śląsk i nigdy już do rodziny nie wrócił. W tym ciasnym mieszkaniu spędziliśmy 16 lat.
Co wiem o ojcu? Niewiele... Kiedy miał 16 lat, trafił do 27. Dywizji Wołyńskiej Armii Krajowej, aby bić się z Niemcami. Jego wyczyny są opisane w trzech książkach, m.in. „Piechur artylerzystą”. W 1944 r., kiedy Rosjanie wkroczyli do Chełma, ojciec ujawnił się i natychmiast został aresztowany przez NKWD. Wywieziono go na Syberię. Wrócił po roku, schorowany i prawie bez zębów. Miał wówczas 21 lat.
Kiedy byłem na studiach, postanowiłem go odszukać, porozmawiać z nim, zrozumieć... Nie zdążyłem - zmarł na zawał w dniu imienin mojej matki. Miał 50 lat. Najbardziej żałuję tego, że żyliśmy daleko od siebie i w ogóle nie zdążyłem go poznać.
Kiedy byłem w liceum, moja mama zaczęła budować dom na przedmieściach Kielc. Po maturze wyjechałem na studia do Krakowa. Zapałałem pierwszą i głęboką miłością do tego miasta. Zresztą odwzajemnioną. Całe moje dorosłe życie w jakiś sposób toczyło się i toczy w pobliżu Krakowa. Kiedy już jako student I roku przyjechałem na Boże Narodzenie do mamy, spędziliśmy je już w nowym domu w Kielcach. Do tego domu przyjeżdżałem na wszystkie święta i wakacje. Do tego domu wracam i dzisiaj, kiedy jadę do Polski. Łapię się jednak na tym, że tak do końca nie jest to mój rodzinny dom, bowiem nie czuję z nim aż tak głębokiego związku emocjonalnego. Mimo mojego potu, który wchłonęły fundamenty i ściany. Mimo różnych doświadczeń i przeżyć, które stały się moim udziałem w jego murach. Może dlatego, że od początku wiedziałem, iż w tym domu nigdy nie będę mieszkał na stałe...
Gdzie jest zatem ten dom, z którym łączy mnie najwięcej? Gdzie jest to miejsce, które wspominam najcieplej, które jest mi najbliższe? Którejś bezsennej nocy pod amerykańskim niebem, kiedy dopadła mnie okrutna tęsknica za Polską, za rodziną, jak miód, jak balsam kojący na rany pojawił się przed oczyma widok domu mojej ukochanej cioci Heleny Skruch. Pamiętam list, jaki otrzymałem od niej w 1997 roku. Pisała, że jest chora i chyba już długo nie pożyje. Odpisałem natychmiast: „Ciociu, nie rób głupstw, poczekaj na mnie. Już niedługo przylecę do Polski, musimy się zobaczyć, muszę Cię ucałować”. Nie zdążyłem. Ciocia odeszła cierpiąc, ale bez słowa skargi.
Była prostą kobietą, bez wykształcenia, ale mądrości życiowej pozazdrościć jej mogli uniwersyteccy profesorowie. A serca, tego serca pełnego ciepła i dobroci dla ludzi brakuje mi najbardziej. Mniej więcej pół roku wychowywała mnie, kiedy uczyłem się w pierwszej klasie podstawówki. Potem wzięła do siebie młodszego brata Andrzeja. Mama była wówczas w depresji spowodowanej odejściem męża. Tymczasem musiała pracować w szkole, zajmować się trzema synami... Było jej trudno, bardzo trudno, więc ciocia postanowiła jej pomóc. Wzięła Andrzeja do siebie na kilka miesięcy, a wychowywała przez prawie 10 lat. W pewnym momencie to jej mówił „mamo”, a do prawdziwej matki zwracał się „ciocia Lola”.
Stary, drewniany dom Skruchów, mimo że skromny i ciasny, był domem ogromnym, otwarty był bowiem dla wszystkich. Ciocia przygarniała każde nieszczęśliwe bądź potrzebujące dziecko. Obdarzyła opieką i sercem co najmniej kilkanaścioro dzieci - z rodziny i całkiem obcych - mimo że przecież miała troje swoich. Karmiła, ubierała, a przede wszystkim... kochała. Jak ciocia powiedziała „ty rakolu!” z tym figlarnym błyskiem w oku, wiadomo było, że zaraz czeka malucha seria pieszczot. Kiedy dzieciak chwytał ją za rękę i tulił się do niej, rozpływała się cała jak masło na patelni. Wujek Bronek czasami kręcił nosem, no bo w chałupie było zawsze gwarno, często trudno było mu znaleźć miejsce, aby usiąść i wypocząć spokojnie po pracy - ale godził się z tym wszystkim.
Dom stoi do dziś na górce w Ryglicach koło Tarnowa, powyżej byłego domu zakonnic, widoczny z daleka. Przeszedł już w obce ręce. Nowi właściciele odnowili go, pomalowali. Ale dla mnie to będzie zawsze dom mojej cioci, a po części i mój. Przecież w tym domu właśnie spędzaliśmy praktycznie każde święta i wakacje. Mama, starszy brat Włodek i ja przyjeżdżaliśmy zimą na dwa tygodnie, a w czasie letnich wakacji na prawie dwa miesiące. Była to też okazja, aby pobyć z młodszym bratem. Ciocia nas przygarniała i żywiła. Piekła zawsze wspaniałe placki. Jej serniki i mazurki pamiętam do dziś. Pamiętam też zapach chleba pieczonego w domowym piecu. Ach, co to był za chleb! Ciocia kładła ogromny bochen na stole, a wujek Bronek potężnym nożem robił znak krzyża, brał chleb w dwie ręce i kroił kromkę za kromką równiutko, jakby był maszynką do krojenia chleba. Kiedyś sam ukroiłem kawałek. Skrzyczał mnie, że tak się nie robi i udzielił mi lekcji krojenia.
Do tego domu ciągnęła cała rodzina. Mimo że żyła jeszcze babcia, w domu odległym o jakieś 500 metrów, to przecież rodzina ciągnęła „na górkę”, do Skruchów. Tutaj odbywały się więc rodzinne zjazdy i święta, imieniny i spotkania bez konkretnego powodu. Sam nie wiem, jak mogło się w nim pomieścić 30 osób i więcej. Nie było w tym domu ubikacji ani wody cieknącej z kranu (łazienkę zrobiono dopiero dużo później). Spałem często za piecem na kożuchu, a obok pomrukiwał kuzyn, brat lub kot... Dzisiaj wiem, że właśnie za tamtym domem, za jego atmosferą tęsknię. Za czekaniem na wigilijną gwiazdkę, na pomarańcze i czekolady przywożone przez kuzyna Ryśka, który przyjeżdżał z dwiema walizami prezentów z Bieszczad, za wspólnym ubieraniem choinki, za wspólnym śpiewaniem. Ale nade wszystko tęsknię za moją ciocią - najlepszym człowiekiem, jakiego znam.
Z przyjemnością przeczytałam ten tekst.Dlaczego? Bo wróciły wspomnienia sprzed wielu lat...Podobna historia-wakacyjne wyjazdy do ukochanej Babci,cudna miejscowość,wówczas wydawało mi się,że tam właśnie jest raj na ziemi.Czułam się kochana.Bardzo potrzebowałam tej miłości i tej akceptacji bez zbędnych pytań,żądań.Dzieci z rozbitych rodzin ,rozdarte między mamą a tatą mają inną wrażliwość...Póżniej los tak zdecydował,że mieszkałam tam przez okres szkoły średniej.Wyjechałam po maturze,krótko po moim wyjeżdzie Babcia zmarła.Czasami,choć bardzo rzadko odwiedzam tę miejscowość.Wstyd,bo do dziś mieszka tam mój Ojciec.Na szczęście są telefony,rozmawiamy ze sobą często,boję się myśleć,co będzie gdy zachoruje,kiedy będzie potrzebował pomocy.Nie wracam tam ,bo chcę zachować w pamięci obraz ,który zakodowałam,zresztą dzisiaj nic tam nie jest takie jak dawniej było.Nie ma polnej drogi,nawet dom,w którym zostało tyle wspomnień,należy do obcych ludzi...Ty także w nim bywałeś,widzieliśmy się chyba dwa razy w życiu,może trzy.Szkoda,że tylko tyle.Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę wszystkiego dobrego.
Artykuły z numeru:
NR 5 ZIMA 2006
- Aniołowie się radują... - Halina Niedzielska
- Bezpieczne szaleństwo - Tomasz Deptuła
- Dom na górce - Janusz M. Szlechta
- Domowy bar z klasą - Marcin Żurawicz
- Energooszczędne mieszkanie - Piotr Leonowicz
- Jaki odkurzacz dla ciebie? - Aneta Sadowska
- Kredens - Janusz M. Szlechta
- Lexus, czyli E = MC2 - Marek Siodłoczek
- Małe jest piękne - Aneta Sadowska
- Nowoczesność z wyboru - Agata Ostrowska-Galanis
- Nowy Jork podhalański - Małgorzata Sulewska
- Ogrzewanie podłogowe - Mirosław Waluś
- Okap w naszej kuchni -
- Pogoń za marzeniem - Agata Ostrowska-Galanis
- Stopy do góry? - Tomasz Deptuła
- Storczyki - kwiaty dla każdego - Jolanta Wysocka
- Twoje igloo - Jan Latus
- Wnętrza na płótnie - Czesław Karkowski
- Zakopane w Catskill - Hanna Hartowicz
- Zamieszkać w dolinie Hudsonu -
- Śnieżny fenomen - Dorota Jarowicz





