Obrazy sprzed lat
Dwa domy, które wpłynęły znacząco na moje życie, to wspaniała atmosfera rodzinna i codzienna troska rodziców o wychowanie czworga dzieci, ich byt, naukę i szczęśliwe dzieciństwo. To oni, odmawiający sobie wiele, zapracowani i ciągle myślący o nas, sprawili, że wracam z ogromną tęsknotą do cudownych stron mojej księgi młodości.
Ten pierwszy, maleńki parterowy dom w Gołębicach (dziś dzielnica Sandomierza), wrośnięty jedną stroną w skarpę, a drugą połączony wspólnym dachem z malutką stodółką i oborą, był miejscem mojego urodzenia. No, nie tylko mojego, bo po dziesięciu minutach urodził się też mój brat bliźniak Jacek. Ale skoro i mama ma siostrę bliźniaczkę Zofię...
Właścicielką tego domu była wówczas moja babcia Helena Drożdżal, matka mojej mamy. Pokryty strzechą, drewniany, miał tylko jeden pokój, kuchnię, sień i pomieszczenie gospodarcze, w którym stał przedwojenny magiel. Rolę łazienki spełniała duża miednica w kuchni, a ubikacja, czyli wygódka z serduszkiem, znajdowała się na małym podwórku. Przez pierwsze cztery lata mojego życia mieszkałem w tym skromnym domku razem z rodzicami, starszą o 3 lata siostrą Marianną, bratem Jackiem i babcią Heleną. Babcia miała parę świń, kury, gęsi i krowę – smak świeżo wydojonego mleka, pitego z pajdą razowego chleba babcinego wypieku, mam w ustach do dziś. W obejściu nie było studni i dlatego wodę nosiło się od sąsiadki na jarzmach, przez cały okrągły rok. Tuż koło domu znajdowała się piwnica w ziemi, z ocementowanym daszkiem, do której schodziło się po drabinie. Wzbudzała we mnie zawsze lęk, ilekroć musiałem do niej zejść, ze względu na ziemne ropuchy i pająki. Sam dom, który stoi do dziś przy ulicy Gołębickiej, niewiele się zmienił. A w odległości zaledwie kilometra od niego znajduje się teraz inny, który wybudowałem z żoną 30 lat później.
Moment wyprowadzki, choć miałem wtedy zaledwie 5 lat, pamiętam do dziś. Widzę siebie na wozie ciągniętym przez dwa konie, usadowionego wśród sprzętów przewożonych do innego domu, w którym spędziłem resztę mojego dzieciństwa i wczesnej młodości – aż do ukończenia studiów w 1969 roku. Ale ten, w którym pozostała babunia Helena, odwiedzałem bardzo często. To w nim doświadczyłem paru „wypadków”, niezbyt groźnych, które jednakże pozostawiły trwałe ślady na moim ciele.
Kiedy miałem 6 lat, wybrałem się z Jackiem do babuni po świeże jajka. W domu nie było nikogo. Gdzie te czasy, kiedy dom zamykało się tylko na skobel, aby wiatr nie szarpał drzwiami! Na stole leżał świeżo upieczony, pachnący chleb, wręcz zachęcający do skosztowania. Chleb ukroiłem, zahaczając przy tym o koniuszek nosa. Trzeba było założyć klamry w szpitalu, a blizna pozostała do dziś. To także w tym domu w wigilijne popołudnie 1960 roku, podczas maglowania bielizny na maglownicy babuni napędzanej korbą przez Jacka, złamałem prawą rękę. Ręka się zrosła, choć na skutek zaniedbania lekarza pozostała trochę krzywa i z widoczną szramą.
Drugi dom mojego dzieciństwa był murowany, 4-pokojowy, w którym mieszkały 3 rodziny, w Sandomierzu przy ul. Zawichojskiej (za czasów PRL przemianowanej na Armii Czerwonej), tuż koło zabytkowej Bramy Opatowskiej. Stoi on do dzisiaj i przez te kilkadziesiąt lat dokonano w nim niewielu zmian. Rodzice zajmowali pokój z kuchenką i małą drewnianą werandą, która służyła jako spiżarka oraz składzik domowych rzeczy.
Rodzice opiekowali się kuzynem mojej mamy – Stefanem Radeckim, który mieszkał w osobnym pokoju, najpierw na parterze, a później w pokoju na strychu. Także z tyłu domu jeden pokoik i malusieńką kuchenkę zajmowało bezdzietne małżeństwo – państwo Chłopiccy. Ona nauczycielka, a on emeryt i pasjonat wędkarstwa, co miało decydujący wpływ na moje zainteresowanie się łowieniem ryb. Z tyłu domu na wspólnym podwórku stały zabudowania gospodarcze, m.in. chlewik, w którym rodzice hodowali świnie i kury. Była też tam studnia, której głębokie lustro wody zawsze mnie intrygowało. Dwa razy zjeżdżałem w wiadrze w jej głębinę: raz kiedy wpadła do niej piłka, a drugi po urwaną studzienną klapę.
Pamiętam, jak często obserwowaliśmy z wypiekami na twarzy przygotowania sprzętu wędkarskiego przez pana Chłopickiego przed pójściem na ryby. Jego bambusowe wędki i prawdziwe haczyki wzbudzały w nas podziw. Przy małej uliczce Andrzeja Struga mieszkał z rodziną Mieczysław Śliwowski, znakomity przedwojenny wędkarz. Pamiętam go jadącego często na ryby z wędkami przywiązanymi do roweru. Jego syn Aleksander – były mistrz Polski w wędkarstwie gruntowym – mieszka w domu swoich rodziców do dzisiaj. Nic więc dziwnego, że zaprzedałem się wędkarstwu od tamtych lat na zawsze, nie przypuszczając nawet w swoich najśmielszych marzeniach, że kilkadziesiąt lat później będę wędkował na… Alasce. Tak więc zaczynałem wędkować z bratem jako 9-10-letni chłopak, używając kijów leszczynowych, końskiego włosia jako żyłki i haczyków z zagiętej szpilki. Pewnego dnia pan Chłopicki podarował nam używaną bambusową wędkę, żyłkę i parę haczyków. Radość nasza była ogromna, choć trwała krótko, gdyż wędkę skradziono nam podczas kąpieli nad Wisłą.
Koło domu na Zawichoskiej, od strony wschodniej, zaczynała się skarpa sandomierska, zarośnięta dzikimi krzewami i drzewami, z małym strumykiem wijącym się w głębokiej rozpadlinie. To właśnie tam bawiłem się z kolegami w Indian, z własnoręcznie zmajstrowanymi łukami, oraz w chowanego. To tam rosła leszczyna, z której wycinaliśmy gałęzie na wędki, i wykopywaliśmy pod kamieniami w strumyku czerwone robaki na ryby. A na przyległej doń uliczce Andrzeja Struga kopaliśmy szmaciankę, bo o prawdziwej piłce nie było mowy. Wdrapywanie się na drzewa czy też na słupy po pasku od spodni to kolejne zabawy, kończące się poszarpanymi spodniami, skaleczeniami i potłuczeniami. Spodnie cierpliwie zszywała ręcznie i na maszynie (na której przerabiała ciągle ubrania dla nas) mama, a resztą wtedy zbytnio się nie przejmowałem – zawsze się w końcu zagoiło. Nigdy nie mieliśmy oryginalnych zabawek, bo na ich kupno rodziców nie było stać. Więc robiliśmy je sami, jak chociażby fujarki czy proce. Jedną z takich zabawek było koło żelazne z zębami od środka, które za pomocą specjalnie wygiętego drutu toczyło się po ulicy.
Bardzo wiele moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się z latem, bo ta pora roku dawała mi zawsze oczekiwane z niecierpliwością 2 miesiące wakacji, podczas których, kiedy miałem już 10-14 lat, wyjeżdżałem na kolonie lub obozy harcerskie. To w lecie kąpaliśmy się w Wiśle, chodziliśmy na ryby, buszowaliśmy w okolicy. W czasie tych wędrówek odnajdowaliśmy jaja naszych kur, ukryte w dzikich chaszczach lub pod gęstymi liśćmi łopianu.
Pomagaliśmy także rodzicom w pracach na działce i w polu. Na żniwa u babci Heleny czekałem zawsze z niecierpliwością, bo było wielką frajdą wracać z pola, siedząc wysoko na snopkach zboża, przewożonych drabiniastym wozem do stodoły.
Raz na parę lat tata zarządzał latem malowanie blaszanego dachu na naszym domu. Z jego wysokości podziwialiśmy wówczas najbliższe okolice, a także odległą Wisłę, Góry Pieprzowe, obydwa mosty i starą odnogę Wisły wijącą się wśród ogródków działkowych i u podnóża wioski – Kamień Plebański.
Jesienią zaczynały się wykopki ziemniaków. Rząd kobiet z motykami z mamą na czele posuwał się wolniutko, a za nimi tata, Jacek i ja zbieraliśmy wykopane ziemniaki do wiklinowych koszy. Pod wieczór tata rozpalał ognisko z uschniętych łodyg ziemniaczanych. Cóż to była za frajda móc podrzucać do ognia badyle, obserwując wzbijające się w ciemne niebo snopy iskier i pilnować ziemniaków w ognisku, aby się za bardzo nie spiekły. A smakowały najlepiej na świecie! Wracaliśmy z pola zawsze późno w nocy. Leżałem na wozie na ziemniakach, obserwując rozgwieżdżone niebo, a obok majaczyły się sylwetki woźnicy, pana Czajki, i rodziców idących koło wozu.
Jesienią na podwórku rżnęliśmy drewno, powiększając jego zapasy na zimę (paliło się nim w kaflowych piecach w zimie i codziennie w kuchni). Pamiętam jak niekiedy chcieliśmy z Jackiem pochwalić się tacie jacy jesteśmy silni, więc przez parę minut piła wgryzała się w pień bardzo szybko. Wiu-wiu, wiu-wiu, wiu-wiu – słychać było jej szybki dźwięk. Po tym wyczynie, zdyszani, musieliśmy długo odpoczywać
Kiedy pierwszy mocny mróz skuł lodem okoliczne stawy, podmokłe łąki i starą odnogę Wisły, całe popołudnia spędzaliśmy na ślizganiu się po lodzie na prymitywnych łyżwach zrobionych z deski i kawałka grubego drutu, a parę lat później – na pierwszych prawdziwych łyżwach. A kiedy śnieg pokrył okoliczne pagórki, pola i Piszczele (nazwa dzikiego parku w Sandomierzu), zjeżdżaliśmy na czym się dało aż do późnego zmroku. Dopiero w ogólniaku kupiłem sobie narty za zarobione pieniądze, bo pomagałem w pracy tacie, dyplomowanemu mistrzowi malarskiemu
Każdego roku niecierpliwie oczekiwaliśmy 6 grudnia, dnia Świętego Mikołaja, ponieważ wtedy znajdowaliśmy pod poduszką prezenty. Święta Bożego Narodzenia poprzedzane były świniobiciem. Wędzona kiełbaska przechowywana była na strychu, na kołkach i wystarczała mamie do wiosny, o ile nasze potajemne eskapady na strych nie uszczupliły zbytnio tej jakże pachnącej spiżarni.
Choinkę zaś przywoził tata rano w Wigilię, a ubierałem ją razem z Jackiem i siostrą. Wieszaliśmy na niej długie cukierki w kolorowych papierkach, orzechy owinięte sreberkiem, jabłka i bombki. Na końcu mocowaliśmy małe świeczki w lichtarzykach oraz kolorowe, własnoręcznie zrobione łańcuchy, kładliśmy dużo waty i błyszczące włosy anielskie. Zawsze obiecywaliśmy sobie, że po jej rozebraniu podzielimy wspólnie wszystkie słodkości na nas troje, a po urodzeniu się najmłodszego brata Tadeusza w 1953 roku – na czworo. Ale co roku okazywało się, że zostały... tylko puste sreberka i błyszczące papierki po cukierkach. Wspomnienia rodzinnej wieczerzy wigilijnej, na którą mama z siostrą przygotowywały tradycyjne dania, przy zapalonych świeczkach na choince, podczas której łamaliśmy się tradycyjnie opłatkiem oraz śpiewaliśmy kolędy na jej zakończenie, odżywają we mnie rokrocznie z lekką nutką żalu i smutku, że to było tak dawno i nie ma już wśród nas taty
Dziś, gdy przywołuję w pamięci obrazy sprzed lat, często dziękuję Opatrzności, że miałem tak piękne dzieciństwo, w cudownej rodzinnej atmosferze, nieraz biedne, skromne, ale bardzo szczęśliwe. Zastanawiam się też, kiedy ono się skończyło? Czy wtedy, kiedy po maturze opuszczałem dom rodzinny udając się na studia do Krakowa? Czy może wtedy, kiedy po kryjomu, ale bardzo dumny, naostrzywszy ojcowską brzytwę na skórzanym pasku, zgoliłem swój pierwszy młodzieńczy meszek na twarzy? A może wtedy, kiedy jako siedemnastoletni młodzieniec szedłem cały szczęśliwy na moją pierwszą randkę z trzynastoletnią wówczas Ewą? (od 40-tu lat moją wierną towarzyszką życia)
Jestem szczęśliwy, gdy podczas moich podróży do Polski spotykam się z całą moją rodziną. Odwiedzam wówczas miejsca w moim ukochanym Sandomierzu, gdzie odciśnięte są ślady moich najmłodszych i młodzieńczych lat. Ale największym darem wyjazdów do Polski jest to, że podczas tych wizyt przekraczam progi tych dwóch domów, bez których nie byłoby dzisiaj tych najcenniejszych wspomnień, tej zwiewnej nutki nostalgii, tych chwil, które na zawsze będą w moim sercu.
Artykuły z numeru:
NR 9 ZIMA 2007
- 70 odmian śniegu - Dagmara Babiarz
- Afirmacja piękna - Czesław Karkowski
- Ciepłe drabinki - Aneta Sadowska
- Dom polskiej nauki i tradycji - Elżbieta Kieszczyńska
- Domator - Jan Latus
- Grzańce winne i piwne - Wiktoria Sudoł-Dawdo
- Kanada - Marek Mańkowski
- Kominki nowej generacji - Maciej Mnich
- Królestwo pikapów - Marek Siodłoczek
- Mam ciągle wiele pomysłów - Jolanta Wysocka
- Nadwodna Shangri-la - Agata Ostrowska-Galanis
- Nieruchomości i oszuści - Tomasz Deptuła
- Obrazy sprzed lat - Józef Kołodziej
- Pełna harmonia - Aneta Sadowska
- U stóp Giewontu - Joanna Kuruc
- W blasku świecy - Marcin Poznań
- Wirtualne zakupy - Mirosław Waluś
- Zachowane piękno natury - Jolanta Wysocka









