Czwartek, 20 listopada 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007
Okruchy wspomnień...
Z dzieciństwa pozostały w mej pamięci trzy domy: wileński, mieszkanie babci Apolonii i dom moich rodziców w Ełku, do którego powróciłem po latach wędrówki po świecie.
Urodziłem się w Starej Wilejce. Drewniany dom, w którym spędziłem pierwsze lata mojego życia, położony był na obrzeżach ówczesnego Wilna. Mam wrażenie, że był bardzo duży, podobnie jak pole za płotem domku mojej babci. Ciekaw świata, próbowałem pokonywać ten płot, mimo zakazu oddalania się od domu. Kozy pasące się na polu pilnie strzegły swojego terenu i pewnego razu przewiozły mnie na rogach.
Na podwórku posesji wykopany był schron, w którym ukrywaliśmy się, gdy Niemcy z pobliskich koszar przeczesywali teren. Kiedyś natknęli się na niego i zaczęli wrzucać do środka granaty. Dwa pierwsze okazały się niewybuchami. Dopiero trzeci śmiertelnie ranił dziadka, który uratował nas, zasłaniając własnym ciałem wąskie wyjście ze schronu. Ciemność przeszła w oślepiającą jasność. Podobno było bardzo głośno, ale ja nie przypominam sobie żadnego dźwięku.
Do przyjemnych wspomnień z tamtych czasów należą beztroskie zabawy z moim ciotecznym bratem i wujkiem Gienkiem, który czasami pokazywał mi magiczne sztuczki. Bacznie obserwowałem tego podrastającego wujka Gienka, gdy znosił coś i chował w różnych miejscach. A było tego wokoło pełno: naboje, od najmniejszych do zupełnie porządnych pocisków, długie laski prochu palące się z sykiem – nadawały się nawet do rozpalania pieca, aż ręce świeżbiły, aby tego dotknąć. Musiałem dojść do wniosku, że piec kuchenny i „skarby” wujka są dla siebie stworzone. Korzystając z nieuwagi dorosłych wrzuciłem do paleniska dwa naboje i grzecznie usiadłem w kąciku. Na efekt nie trzeba było długo czekać – huknęło! Cały przygotowywany obiad znalazł się na suficie. Chyba dostałem w skórę, ale nie mogę sobie tego przypomnieć. A może darowali mi, ponieważ nie podłożyłem niczego o większym kalibrze.
W domu babci był też strych. Trudno mi tam było wleźć, ale jakoś wdrapałem się po drabinie. Już zabierałem się do przeglądania ciekawych różności, gdy nagle coś zajaśniało w najciemniejszym rogu u sklepienia – gdzie belki idące ukośnie do góry łączyły się ze sobą. Spojrzałem i od razu wiedziałem, że to jest Bozia. Patrzyłem, nie wiem jak długo, nie bałem się, odczuwałem wielki spokój. Nie słyszałem żadnego głosu, ale wiedziałem, że to jest ktoś dobry, że nawet nie gniewa się na mnie za to, że bez pozwolenia wlazłem na ten stryszek.
Od tego czasu wiem, że gdzieś tam, w tych wileńskich stronach – tak jak pisał Konwicki – mieszka dobry Bozia, dający spokój i niegniewający się za byle głupstwa. Myślę, że przynajmniej cząstka tego spokoju została we mnie do dzisiaj. Może dzięki temu spokojowi miałem wiele szczęścia w życiu, chociaż nie wybierałem najłatwiejszych ścieżek?
Gdy skończyłem 4 lata, wyjechaliśmy z Wilna na ziemie odzyskane i zamieszkaliśmy w Ełku przy ulicy Wojska Polskiego 100. W trudnych czasach, gdy nie mieliśmy nawet radia, nauczyłem się słuchać, obserwować i poznawać otoczenie. Wieczorami dorośli zbierali się przy stole lub koło pieca i długo snuli różne opowieści. O wydarzeniach dnia, o dziwach, duchach na rojstach lub o skarbach… Czasami głos ściszali i mówili o tym, co ich najbardziej bolało, a o czym nie mogli mówić głośno. Ja udawałem, że się bawię, a im później było, tym bardziej starałem się być niezauważalny. W ten sposób, niekiedy, udawało się mi dotrwać do końca ich rozmów.
Głową domu była babcia Apolonia, która z najmłodszą córką Stefanią prowadziła gospodarstwo. W porze obiadowej cała liczna rodzina zasiadała do stołu, a babcia podawała nam kartacze, nazywane też ze względu na kształt zeppelinami, kołduny litewskie, kiszki kartoflane, latem chłodniki i zupę „nic”. Nie lubiłem jedynie zupy z tapioką. Przed świętami Bożego Narodzenia przystrajaliśmy choinkę, pracowicie klejąc łańcuchy i wykonując inne ozdoby.
Ze względu na braki w zaopatrzeniu zaraz po wojnie babcia hodowała prosiaka i parę kurek. Z czasem znalazła jakieś poletko, gdzie sadziła ziemniaki, przy zbieraniu których czasami pomagałem. Gdy byłem starszy, kładłem worek na ramę roweru i pilnując równowagi pchałem rower do domu. Każdego roku babcia zbierała owoce leśne, a czasami brała mnie na łąki, gdzie zbierała zioła, mówiąc: „Popatrz Feluńcia, to jest dobre, gdy brzuszek boli, a to, aby krew zatrzymać…”. Wierzyłem jej, że na wszystkie dolegliwości natura ma odpowiednie zioła, a wiara cuda czyni.
Z mieszkania przy ulicy Wojska Polskiego przenieśliśmy się do kamienicy przy Piłsudskiego. Wybudowany w latach 20. XX w. budynek ten był w tamtych czasach perłą w zasobach mieszkalnych Ełku. Jako jeden z niewielu zachował się niezniszczony podczas wojny i był zasiedlany przez miejscowych notabli. Nam trafiło się to mieszkanie dzięki ojczymowi, który jako jedyny specjalista meliorant posiadał kwalifikacje do prowadzenia rejonowego biura wodno-melioracyjnego. Przestronne mieszkanie z dużymi oknami i wysokimi sufitami nasłonecznione było rano od strony podwórka i po południu od strony ulicy. Podłoga wyłożona była dębowym parkietem. Do tego należy dodać szerokie schody, dobrze zaplanowane piony wodociągowe i kanalizacyjne, centralne ogrzewanie oraz co najmniej jedno gniazdko elektryczne na pomieszczenie, co spełniało ówczesne wymagania techniczne i zaspokajało potrzeby mieszkańców.
Oprócz centralnego ogrzewania przewidujący projektanci wybudowali dostateczną liczbę kominów, które mogły służyć do ogrzewania pomieszczeń piecami, co okazywało się zbawcze w czasie awarii centralnego ogrzewania lub trudności z zaopatrzeniem w odpowiedni opał. Piece zdały egzamin w czasie wojny i po wojnie, gdy instalacja centralnego ogrzewania została zdemontowana i gdzieś wywieziona. Obecnie ze starych pieców kaflowych pozostał w budynku tylko jeden, w moim mieszkaniu, ciemnozielony, zadbany, który w dalszym ciągu dobrze służy w czasie srogich zim w tym rejonie „polskiego bieguna zimna”.
Życie w zniszczonym wojną mieście było poważnym źródłem doświadczeń technicznych. Kikuty ścian i kominów aż prosiły się, aby je podciąć. Trzeba było w porę uciec, aby uniknąć przywalenia paroma tonami padających cegieł – nagrodą był łomot i widowiskowe tumany kurzu. Oprócz burzenia były też projekty budowlane: schrony ze szczątków murów, desek i cegieł, ziemianki kopane i maskowane w zakamarkach ogrodów lub w okolicznych laskach – szałasy. Jednak najniebezpieczniejszą częścią tych doświadczeń technicznych była pirotechnika, a materiałów wkoło było pod dostatkiem. W lesie wystarczyło pogrzebać w ziemi, aby znaleźć naboje. Do rzadszych znalezisk należały pociski armatnie i moździerzowe. Jeden z takich pocisków z trudem przywiozłem rowerem do domu, trzymając go za pazuchą. Był to tylko pocisk moździerzowy, ale już na tyle ciężki, że ciągle wymykał się spod koszuli – nawet przy zaciśniętym na ostatnią dziurkę pasku. Przechowanie go w domu było nie lada problemem. Dzięki znajomości domowych obyczajów wiedziałem, że z cotygodniowych porządków wyłączona jest podłoga pod łóżkiem babci. Tylko przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem babcia wyciągała walizki i myła tam podłogę, położyłem więc zdobycz pod ścianą za walizkami.
Przed świętami schowałem moździerzówkę w przygotowanej skrytce w gruzach na terenie ogródka należącego do urzędu melioracyjnego, a potem do starej poniemieckiej studzienki telekomunikacyjnej. Z czasem cały teren splantowano i dokładnie zasypano studzienkę wraz z moją zdobyczą.
Gdy byłem w siódmej klasie, ktoś rzucił pomysł, aby zbudować coś własnego, takiego jak dom lub mieszkanie – obiekt pożądania w świecie dorosłych.
Znaleźliśmy odpowiednie miejsce – było to betonowe obmurowanie pod balkonem od podwórka mojego domu. Tak się tym przejęliśmy, że nie było już innych zabaw, innych celów, tylko rozmowy, co zrobimy, co będzie w środku. Nie myśleliśmy – po co? Co my tam będziemy robić? Zabraliśmy się do roboty. Trzeba było zrobić drzwi, podłogę, siedzenia, stół, półki – przydałaby się także kuchenka. Nieważne, że wnętrze miało około 1,5m na 2,5m i 1,5m wysokości, marzenia mają to do siebie, że nawet betonowe klatki przybierają rozmiary pałaców.
Zrobiliśmy wszystko według planu. Po najobrzydliwszej pracy oczyszczenia z odchodów tej podręcznej ubikacji włóczęgów i pijaków, dzień po dniu układaliśmy podłogę z cegieł, skleciliśmy stół i ławkę. Nawet przebiliśmy około dwadzieścia centymetrów betonu na rurę naszego wymarzonego żelaznego piecyka. Drzwi były zamykane – po przemyślnym wkręceniu szprychy rowerowej w łepek innej schowanej szprychy, można było podnieść zasuwkę. Gdy już wszystko było zrobione, to znaczy, drzwi otwierały się i zamykały, lampka z rozebranej latarki zapalała się przy suficie, w piecyku wesoło paliły się nazbierane gałęzie – poczułem wielki niepokój. Coś nieuchronnie nadchodziło, aby zniweczyć nasze wielkie marzenie – wraz z tygodniami zapału, pracy, wzajemnego porozumienia i współdziałania. Jeszcze nie wiedziałem co to jest, ale czułem, że to coś nadchodzi.
Wtłoczyliśmy się wreszcie wszyscy do środka, usiedliśmy na naszej ławeczce, położyliśmy ręce na stole i… nastała cisza. Nie było już żadnych rozmów, jak i co zrobimy, żadnego zapału, który tak nas łączył przez tygodnie budowania „naszego domu”. Znowu poczuliśmy się małymi drobinami tego wielkiego świata, jeszcze nie dorośli, a już samotni.
Nastąpiła pustka, wielka pustka, ale tak przejmująca, że trawiłem ją przez długi czas. Wszyscy musieliśmy przeżyć ten moment podobnie, tylko czy wszyscy to pamiętają? Czuję do dzisiaj twardość i chropowatość tej deski na pieńkach, szumnie nazwanej ławeczką. Zrozumiałem, że ważne marzenia lub cele powinny być trudne, tak wybrane, aby nie można było ich szybko osiągnąć. Zbyt szybkie zaspokojenie marzenia może wywołać „stres spełnienia” …
Ten właśnie dom, betonowa klitka pod balkonem, był chyba ostatnim domem mojego dzieciństwa, jednak bardzo pouczającym. W pewnym sensie uświadomił mi, że nie miejsce i wystrój są najważniejsze, a obecność bliskich osób, wspólne cele, myśli i działania.
W tekście wykorzystano fragmenty książki pt. „Okruchy”. Wszystkich zainteresowanych nabyciem książki prosimy o kontakt z redakcją.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu!
Artykuły z numeru:
NR 8 JESIEŃ 2006
- Bydgoszcz - Wojciech Kowalski
- Duet na cztery ręce - Agata Ostrowska-Galanis
- Internetowe poszukiwania - Mirosław Waluś
- Jesienne tango z kwiatami - Jolanta Wysocka
- Jesienny pomocnik, czyli... power blower - Aneta Sadowska
- Liberalizm i Red Sox - Katarzyna Zalewska
- Listopad... miesiąc chryzantem - Małgorzata Sulewska
- Malarstwo 'naiwne' - Czesław Karkowski
- Manewry na trudniejsze czasy - Tomasz Deptuła
- Małe mieszkanie z widokiem na wielki świat - Aneta Sadowska
- Mebel F. - Aneta Sadowska
- Na ostrzu noża - Ewa Sukiennik-Maliga
- Okruchy wspomnień... -
- Quhnia... rodem z Powiśla - Janusz M. Szlechta
- Rezydencje multimilionerów - Ewa Sukiennik-Maliga
- Spyker... Latający Holender - Marek Siodłoczek
- Strachy w Chicago - Danuta Peszyńska
- Zapach domu - Jan Latus
- Ze słońcem na dachu - Jolanta Wysocka
- Zielone oazy - Halina Niedzielska
Najczęściej czytane
Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych
sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK






