Piątek, 29 sierpnia 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007
Duet na cztery ręce
W Nowym Jorku spotkali się przypadkowo. Anna Wasilewska, absolwentka Wydziału Architektury Wnętrz Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, i architekt Grzegorz Kutyła...
Spotkanie z amerykańskim rynkiem dekoracji wnętrz było dla Ani miłym zaskoczeniem. Tuż po przyjeździe z Polski trafiła do prestiżowej pracowni Hakinian na Manhattanie, specjalizującej się w restaurowaniu starych dywanów i gobelinów. “Uchodziłam tam za specjalistkę od haftu krzyżykowego (needlepoint), co wielu ludziom wydawało się bardzo trudne do nauczenia. Tak naprawdę wymagało wyłącznie zręcznej ręki, cierpliwości i doświadczenia” - opowiada Ania. Lata spędzone u Hakiniana okazały się niezwykle cenne i otworzyły przed nią drzwi do kolejnych atrakcyjnych galerii.
“Był to bardzo owocny okres w moim życiu zawodowym, jak i prywatnym. Za namową przyjaciół wynajęłam mieszkanie od Ireny Lasoty w słynnej kamienicy na Hillside, przez którą przewinęła się spora grupa polskiej politycznej i artystycznej emigracji. Żyliśmy barwnie, wedle wzorców wyniesionych z Polski - spotkania na kawce, wieczorne rozmowy przy lampce wina, artystyczne awanse jednych, emigracyjne porażki i rozczarowania drugich. Wszystko to zresztą znakomicie opisał jeden z lokatorów tej znamienitej kamienicy, Janusz Głowacki w swojej książce “Z głowy”.
Na jednym z sąsiedzkich bankietów poznała swojego przyszłego męża, Klaudiusza, który dzielił mieszkanie z Grzegorzem Kutyłą. Ten wieczór nazywa momentem, który zmienił całe jej życie. Wkrótce z Klaudiuszem założyła rodzinę, a z Grzegorzem firmę dekoracji wnętrz. “Zanim całkiem serio pomyśleliśmy o firmie, zdążyłam urodzić Marcela i zatrudnić się w Modeworks, znakomitej pracowni na SoHo, gdzie po raz pierwszy zetknęłam się może nie ze sztuką, ale z produkcją artystyczną w prawdziwym amerykańskim wymiarze. Tam narodziły się pomysły wielu znakomitych przedsięwzięć, powstały plany znanych restauracji, jak chociażby słynnej w swoim czasie Planet Hollywood” - mówi Ania.
Do Grzegorza dołączyła w 1999 roku, tuż przed urodzeniem drugiego dziecka. Z wielkim brzuchem na wysokich rusztowaniach malowała wzory na ścianach, szczęśliwa, że w końcu znalazła miejsce, gdzie spełnia się jako artystka i człowiek.
“Myślę, że od dzieciństwa chciałem malować - zaczyna swoją opowieść Grzegorz. - Zapytany na wychowaniu obywatelskim, kim chcę być w przyszłości, namalowałem łąkę, a na niej człowieka ze sztalugami.
» Wymyśliłem sobie, że to ja w plenerze maluję obrazy”. Na studiach wybrał architekturę, która wydała mu się połączeniem przedmiotów ścisłych i artystycznych. Z jednej strony - mechanika budowli, geometria wykreślna i materiały budowlane, z drugiej - rzeźba, rysunek i malarstwo. Dyplom na Politechnice Gdańskiej obronił przed ukończeniem roku akademickiego, bo - jak twierdził - musi jechać do Ameryki zobaczyć, czy opowieści zasłyszane o tym kraju to tylko bezpodstawne mity czy historie, które naprawdę się zdarzają.
Zderzenie z rzeczywistością okazało się bolesne. Rok 1990 przyniósł recesję, a to oznaczało brak pracy dla wszystkich, a zwłaszcza dla wciąż napływających emigrantów. “Zacząłem na budowie na East Village, później robiłem meble i wykonywałem przypadkowe prace malarskie, jednym słowem - robiłem wszystko, co przynosiło minimalny dochód, by móc tu pozostać. Manhattan wciąga…” - mówi Grzegorz. Z ulgą więc przejął pracę po koledze ze wspomnianej już kamienicy na Hillside jako szofer zamożnej nowojorskiej rodziny. W oczekiwaniu na pasażerów czytał “New York Timesa” i słuchał radia, a w weekendy brał lekcje w Hunter College. Tak nauczył się angielskiego. Nie przestał jednak poszukiwać pracy w zawodzie. Z trzystu rozesłanych resume otrzymał jedną odpowiedź. Proponowano mu pracę kreślarza. Odszedł po paru miesiącach, zniechęcony minimalnym i niestałym wynagrodzeniem oraz faktem, że już niczego nie może się tam nauczyć. Wrócił do jeżdżenia, tym razem nocną taksówką.
Przełom nadszedł dopiero po dwóch latach, gdy znajomi zaproponowali mu pracę w nowo powstałej firmie dekoratorskiej w Connecticut. W firmie Art Gate pozostał 2 lata. Tam zdobył niezbędną w swoim zawodzie wiedzę, doświadczenie, pierwszego klienta i pewność, że pasja poparta ciężką pracą jest pierwszym krokiem do realizacji marzeń.
“Rok 2000 przyniósł to, co najlepsze w moim życiu - mówi Grzegorz. - Poznałem Ewę i założyłem rodzinę. Dwa lata później, już w Pensylwanii urodził się Kasper, który dziś, choć ma dopiero 4 lata, z wielkim zapałem dzieli dwie inne moje pasje - narciarstwo i motocykle”.
Dziś, siedem lat od założenia Art House Deco, Ania i Grzegorz nie mogą opędzić się od klientów. Ich pięknie wymalowane, wystylizowane wnętrza stały się symbolem firmy, która słynie z unikatowych elementów dekoratorskich, uzyskiwanych wyłącznie za pomocą właściwego użycia najróżniejszych farb lub tynków weneckich.
“Dekoracyjne malowanie wnętrz” to termin, który - zapytani o profil swej pracy - lubią najbardziej. Obejmuje on wszystko - od fresków i malarstwa ściennego, po drobne prace wykończeniowe na gzymsach, meblach czy politurze. Jak ten, gdy odpowiednim dobraniem faktury i koloru trzeba było “naprawić” zniszczony podczas transportu stary drewniany żyrandol Vanessy Williams albo domalować kawałek wyrwanej ściany, tak by nie odróżniała się od tego, co pozostało.
“Jeśli wiesz, co robisz, to farbą można oszukać wszystko - mówi Grzegorz. - Zmienić styl, epokę, formę, fakturę, dodać, ująć, wstawić nieistniejące elementy. Ważne jest też, jakiej farby używasz. Inny efekt daje farba kryjąca, inny transparentna, która nakładana wielokrotnie tworzy pozorny efekt niekończącej się głębi. Ten tak zwany glaze jest przez artystów używany najchętniej. “Parę lat temu klienci poprosili mnie o namalowanie stolika do gry w karty. Namalowałam więc na nim karty, kości, podkładkę pod piwo i ołówek. Wszystko parokrotnie pociągnęłam “glejsem”. Całość wyglądała tak naturalnie, że sama przez pomyłkę w poszukiwaniu własnego sięgnęłam po 'fałszywy' ołówek” - śmieje się Ania.
Lubią projekty odważne i sami przyznają, że takie niestety zdarzają się rzadko. “Amerykanie boją się odmienności, często całkowicie zdają się na dekoratorów, którzy - chcąc zachować pewne granice bezpieczeństwa - kurczowo trzymają się tych samych form i kolorów. Tak powstają nudne, standardowe, bardzo zachowawcze projekty, oparte na jednej, najczęściej beżowo-żółtej gamie kolorów” - mówi Grzegorz. Opowiada historię klientki, która poprosiła ich o przemalowanie kuchni. Podłoga i meble były w kolorze kości słoniowej, ściany zupełnie białe. By je pomalować, wybrała kolor o ton ciemniejszy. “Całość wyglądała koszmarnie, szaro, nudno i nieciekawie” - wspomina Ania, dodając, że przez cały czas klientka płakała w obawie, że pomieszczenie będzie za ciemne. W tym samym mieszkaniu przemalowali jeszcze dwie sypialnie z tym samym kolorystycznie zachowanym standardem. Dwa lata później zadzwonił telefon. Ta sama klientka poprosiła ich o ponowne przemalowanie całego mieszkania, twierdząc, że przejrzała na oczy, jest już odważniejsza i przestała bać się koloru. “W odróżnieniu od klientów, którzy zwykle podczas omawiania projektu widzą tylko tę ścianę czy to krzesło, my, jako wykonawcy, musimy patrzeć całościowo. Zwykle dobieramy kolor do charakteru i barwy mebli, pewnych elementów zawartych we wnętrzu, albo szukamy koloru w detalu, takim jak dywan, narzuta na łóżku czy zasłona” - wyjaśnia Grzegorz. Dziś wiedzą też, że sufit najlepiej malować na końcu, i to nie kolorem jednolitym, lecz takim, który powstaje w wyniku wymieszania paru odcieni. To daje możliwość kontrolowania temperatury, światła w pomieszczeniu i jego relacji z istniejącym już kolorem i umieszczonymi w nim sprzętami. Bo każde pomieszczenie ze względu na usytuowanie i zawarte w nim elementy kolorystyczne ma inne światło i inaczej odbija jego kolor.
“Malowanie to najprzyjemniejsza i najłatwiejsza część całego przedsięwzięcia - mówi Grzegorz. - Praca z ludźmi to zupełnie inna para kaloszy. Najtrudniej porozumieć się z tymi, którzy nie wiedzą, czego chcą, ale jeszcze trudniej z takimi, którym się wydaje, że wiedzą wszystko. Wiele osób widzi rzeczy w katalogach i próbuje je zaadaptować do własnego mieszkania, nie zdając sobie sprawy, że w rzeczywistości będą one wyglądały zupełnie inaczej. Albo bezkrytycznie słucha dekoratorów wnętrz, którzy często starają się przeforsować własne, nie zawsze trafne, pomysły”.
“Niestety, przekonaliśmy się na własnej skórze, że w tym zawodzie jak w każdym innym, jest wiele przypadkowych osób, które powinny traktować to jak hobby, a nie profesjonalną formę zarabiania pieniędzy” - dodaje Ania.
Jak każdy artysta, Ania i Grzegorz szukają nowych wyzwań, projektów, przy których mogą się ciągle czegoś nauczyć, odkryć kolejne możliwości nowych technik i farb.
“Ludzie generalnie boją się zmian. Nie wiedząc, czego się spodziewać. Przy pierwszym pociągnięciu pędzlem przerażeni zamierają, przestają oddychać - mówi Grzegorz. - Aż czasami chce mi się krzyknąć: ludzie opamiętajcie się, to jest tylko farba, którą można zmienić!”.
Artykuły z numeru:
NR 8 JESIEŃ 2006
- Bydgoszcz - Wojciech Kowalski
- Duet na cztery ręce - Agata Ostrowska-Galanis
- Internetowe poszukiwania - Mirosław Waluś
- Jesienne tango z kwiatami - Jolanta Wysocka
- Jesienny pomocnik, czyli... power blower - Aneta Sadowska
- Liberalizm i Red Sox - Katarzyna Zalewska
- Listopad... miesiąc chryzantem - Małgorzata Sulewska
- Malarstwo 'naiwne' - Czesław Karkowski
- Manewry na trudniejsze czasy - Tomasz Deptuła
- Małe mieszkanie z widokiem na wielki świat - Aneta Sadowska
- Mebel F. - Aneta Sadowska
- Na ostrzu noża - Ewa Sukiennik-Maliga
- Okruchy wspomnień... -
- Quhnia... rodem z Powiśla - Janusz M. Szlechta
- Rezydencje multimilionerów - Ewa Sukiennik-Maliga
- Spyker... Latający Holender - Marek Siodłoczek
- Strachy w Chicago - Danuta Peszyńska
- Zapach domu - Jan Latus
- Ze słońcem na dachu - Jolanta Wysocka
- Zielone oazy - Halina Niedzielska
Najczęściej czytane
Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych
sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK









