Czwartek, 20 listopada 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007

Zapach nafty

Z cyklu "Ocalić od zapomnienia"


Bluberries
Z mamą i siostrą Basią
Z mamą i siostrą Basią
2007-07-12

Bluberries
Dom dziecka w Lipnicy prowadzony przez siostry urszulanki
Dom dziecka w Lipnicy prowadzony przez siostry urszulanki
2007-07-12

Bluberries
Pierwsza Komunia Święta, 29 maja 1955 r.
Pierwsza Komunia Święta, 29 maja 1955 r.
2007-07-12

Bluberries
Z siostrą Basią, 1951 r.
Z siostrą Basią, 1951 r.
2007-07-12


Nie jestem jednym z tych szczęśliwców, którym hasło „dom dzieciństwa” przywołuje w pamięci jedno konkretne miejsce, które w wielkim stopniu decydowało o życiowych wyborach, kształtowało lub też – przepraszam – zniekształcało charaktery. Domy mego dzieciństwa były bowiem trzy.

Pierwszy był dużą, secesyjną kamienicą naszpikowaną licznymi wieżyczkami. Z okien mieliśmy widok na Zatokę Gdańską. Z tamtego domu, oprócz migającej z Helu latarni morskiej, pamiętam jeszcze czerwone ściany i skrzypiące, drewniane schody klatki schodowej, po których wnoszono mnie na trzecie piętro.

Później była wieś na ziemiach odzyskanych i mój drugi, zupełnie niewiejski dom, który mógłbym opisać w najdrobniejszych szczegółach, ale wolę opisać ten trzeci. Może dlatego, że był to największy dom mego dzieciństwa – przynajmniej jeśli chodzi o kubaturę.

Niestety nie potrafię podać precyzyjnie szczegółów dotyczących czasu budowy domu, przypuszczam, że było to na przełomie XIX i XX wieku. Nie jestem także pewien, czy rzeczywiście należał on na początku swojego istnienia do zarządcy dóbr rodu Ledóchowskich, z którego pochodziła święta Urszula, założycielka Zakonu Sióstr Urszulanek Szarych. Oczywiście mógłbym niewielkim wysiłkiem te szczegóły ustalić, wolę jednak poprzestać na opisaniu tego, co mam w pamięci. Myślę, że potrafię z niej wciąż sporo wygrzebać, bowiem mieszkałem w domu od 5. do 11. roku życia, a więc wtedy, gdy pamięć dziecka jest jak świeżo wygładzona, cementowa powierzchnia – wszystko, co się na niej odciśnie, zostaje na zawsze.

Ten prawdopodobnie do dzisiaj prowadzony przez siostry urszulanki dom stoi w Lipnicy, w powiecie szamotulskim. Za moich czasów okolony był parkiem ze starymi drzewami. Pamiętam wielką, rozłożystą czeremchę, z której kiedyś spadł jeden z kolegów i połamał obie ręce. Oprócz boiska do siatkówki, piaskownic i huśtawek było w tym parku sporo krzaków i zarośli, fantastycznie nadających się do różnych zabaw. Sam dom, jak się rzekło, był duży, trzykondygnacyjny.

Zacznę od dołu, czyli od obszernej suteryny, w której wtedy mieściły się kuchnia, jadalnia, magazyny żywności oraz pralnia. Z całej suteryny najlepiej pamiętam wielki drewniany magiel, wtedy używany tylko z rzadka, bo praca przy nim musiała być ciężka. Osobiście nigdy nie maglowałem, bo byłem za mały. A magiel utkwił mi w pamięci w związku z podjętym dobrym uczynkiem, który zakończył się fatalnie. Mój dobry uczynek miał polegać na zrobieniu niespodzianki starszemu koledze Piotrowi Koniuszkowi, który był wtedy moim niekwestionowanym idolem. Otóż, gdy Piotr w drodze ze szkoły mocował się z innymi chłopakami, którym jako najsilniejszy zawsze dawał radę, ja postanowiłem po cichutku wyręczyć go i zanieść do domu jego tornister. Pech chciał, że wybrałem drogę na skróty, a to oznaczało, że musiałem przeskoczyć cuchnącą strugę, którą płynęły ścieki ze świniarni. Przerzucanie tornistra przez strugę zupełnie mi nie wyszło, bo ten wylądował dokładnie w środku śmierdzącej cieczy. Przerażony popędziłem z ociekającym tornistrem do domu i ukryłem go właśnie w tym wielkim drewnianym maglu. Wyczyn ten długo trwożył moje sumienie, a tajemnica o tym, kto ufajdał w gnojówce tornister Piotra Koniuszka, dopiero dzisiaj, po pięćdziesięciu latach, zostaje niniejszym ujawniona.

Z suteryną wiążą się też wspomnienia dyżurów, podczas których należało obrać do obiadu kopiastą miseczkę ziemniaków przy użyciu specjalnych nożyków. Nie lubiłem dyżurów kartoflanych. Wolałem już cerowanie pończoch, które odbywało się raz w tygodniu, w garderobie usytuowanej na parterze, obok umywalni. Chłopcy nosili wtedy długie i grube bawełniane pończochy, zapinane na żabki przymocowane do gumowych podwiązek przyszytych z kolei do czegoś w rodzaju ni to pasa, ni majtek – śmieszne, ale tak było! Sądząc po stertach do cerowania, pończochy to chyba nie był zbyt szczęśliwy pomysł na chłopięcą garderobę.

Wspomniana umywalnia mieściła się w byłej oranżerii. Każdy użytkownik miał swoją emaliowaną miskę, którą, napełnioną wodą, stawiał na długiej drewnianej ławie. W tych nie najlepszych warunkach umyć się trzeba było jednak dokładnie, gdyż przy wyjściu czekała każdego czyściocha kontrola uszu, szyi i nóg. Czasami trzeba było wracać do poprawki. Tak było każdego wieczoru. A potem w pidżamach zbieraliśmy się w holu na modlitwę, po której rozchodziliśmy się do sypialni na pierwszym piętrze. W każdej sypialni było po kilka równiutko, jak w wojsku, zasłanych łóżek, przykrytych na dzień śnieżnobiałymi, wykrochmalonymi kapami. Z tymi kapami miałem co rano prawdziwy kłopot, bo jako gorliwy ministrant śpieszyłem do kaplicy, żeby służyć do mszy, a tę kapę nie dość, że trzeba było równo zarzucić na łóżko, to jeszcze uformować biegnącą przez środek wzdłuż łóżka zakładkę – prawdziwe skaranie boskie.

Oprócz czterech sypialni na 1. piętrze była jeszcze infirmeria, czyli izba chorych, a także pokój ciszy, w którym należało się modlić i rozmyślać, z czym było różnie, oraz tajemniczy pokój, zwany klauzulą, do którego nieletnim śmiertelnikom nie wolno było wchodzić pod groźbą ciężkiego grzechu. I znowu muszę wyznać, że zawsze mnie korciło, żeby jednak zobaczyć, co takiego tajemniczego mogło być w tej klauzuli. Kiedyś tam zajrzałem i stwierdziwszy, że jest to po prostu sypialnia sióstr, doszedłem do wniosku, że nie warto było zaspokajać ciekawości za cenę ciężkiego grzechu.

Jedna z sypialni była przeznaczona dla “lejochów”, co w naszej świadomości było równoznaczne z karcerem. Byłem wtedy co prawda “pypkajem”, namiętnie ssącym kciuk, ale przecież nie sikającym do łóżka “lejochem”! Atoli którejś nocy, w związku z przybyciem nowych mieszkańców, skierowano mnie do “lejochów”. Nigdy już nie zapomnę mojego obłędnego przerażenia, gdy w środku nocy obudziłem się spompowany od pięt po czubek włosów. Nigdy też nie przyszło mi więcej do głowy, żeby nabijać się z jakiegoś “lejocha” i staram się zawsze przestrzegać zasady: nie śmiej się dziadku z czyjegoś przypadku.

Oprócz charakterystycznej dla sypialni “lejochów” woni w mojej pamięci pozostał zapach pasty do podłóg oraz lamp naftowych – elektryczność dotarła do Lipnicy dopiero w drugim lub trzecim roku mojego tam pobytu. Najmilszym domowym zapachem pozostanie dla mnie jednak zapach… papierosów. Tak, tak – wraz z tym zapachem bowiem zjeżdżali do domu rodzice. W tamtych latach we wszystkich autobusach, a więc i w tym, który przywoził rodziców z Szamotuł, można było swobodnie oddawać się zgubnemu nałogowi. Tak więc upojny zapach sportów, mazurów, a czasem nawet belwederów łagodził tęsknotę także tych, do których nikt akurat nie przyjechał. Szczęśliwcy zaś mogli zaprowadzić swoich gości do znajdujących się na parterze pokoi do odrabiania lekcji, zwanych uczelniami, gdzie mogli pochwalić się pięknie prowadzonymi zeszytami. Ja sam rzadziej niż inne dzieci miałem okazję do takich radości, ale pamiętam, że uczucie tęsknoty było mniej dojmujące dopokąd wraz ze mną była w Lipnicy moja młodsza siostra Basia. Później jednak została wraz z innymi dziewczynkami przeniesiona do Otorowa.

Po upływie półwiecza, kiedy myślę o domu mojego dzieciństwa, wiem, że siostry urszulanki, które go z dużym poświęceniem prowadziły głównie z myślą o pokrzywdzonych przez wojnę i powojenną komunistyczną władzę dzieciach, dokładały wielu starań, żeby ich podopiecznym było w nim jak najlepiej.

A jednak trudno mi nie opowiedzieć na koniec historii, która wydarzyła się po dwudziestu paru latach od opuszczenia przeze mnie na dobre domu w Lipnicy. Kiedy podczas samochodowej wycieczki z rodziną po Polsce postanowiłem pokazać moim bliskim miejsce, w którym spędziłem sporą część dzieciństwa, mój pięcioletni wówczas synek urządził piekielną awanturę, kiedy próbowaliśmy go nakłonić do opuszczenia samochodu, żeby go pokazać serdecznie witającym nas siostrom. Uspokoił się dopiero, kiedy byliśmy już daleko od Lipnicy. Pomyślałem sobie wtedy, czy przypadkiem nie przekazałem mu genetycznie mojej niechęci do tego zacnego i naprawdę dobrego, ale jednak domu dziecka.

dodajdo.com


 
napisany przez 17:36 28-10-2007 Malgorzata Moszoro

Przeczytałam ten tekst ze wzruszeniem...

Artykuły z numeru:
NR 7 LATO 2006

Najczęściej czytane





Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK

Copyright © 2007 by magazyntd.com



W serwisie startups mozna znalezc wiele ciekawych projektow. Miedzy innimi sa to projekty lansik, a takze nasza klasa.