Czwartek, 20 listopada 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007
Moje centrum świata
Gdy skończyłam trzy lata, przenieśliśmy się do świeżo wybudowanego bloku przy ulicy Tadeusza Gruszczyńskiego. Zamieszkaliśmy na pierwszym piętrze drugiej klatki pod numerem 4. Tam spędziłam całe dzieciństwo, aż do opuszczenia domu po maturze.
Rodzinę moją tworzyli: rodzice Hanna i Włodzimierz, mój starszy o trzy i pół roku brat Lubomir, od zawsze nazywany Kubą, i ja. Wkrótce po przeprowadzce postanowiła z nami zamieszkać mama mojego ojca, Babinia. Tak więc w trzypokojowym mieszkaniu było nas pięć osób. Po latach dołączono do mieszkania kawalerkę, co powiększyło jego metraż.
Tuż obok naszego bloku, na ulicy Powstańców, mieszkała mama mojej mamy, Babisia. Nasze życie codzienne rozwijało się więc między dwoma mieszkaniami. Podział pojawił się sam: mój brat Kuba uczył się i spędzał wiele godzin w mieszkaniu Babisi. Ja natomiast dojrzewałam pod czułym okiem Babini. Żeby zawołać Kubę na obiad, wykorzystywaliśmy sygnał świateł w oknach. Kilkakrotne włączanie i wyłączanie świateł było znakiem, że trzeba pojawić się w domu. Funkcjonowało to bez zarzutu i jadaliśmy obiady wspólnie. Babisia prowadziła osobne gospodarstwo, ale w rodzinnych tradycjach celebrowano wiele zwyczajów związanych z mieszkaniem na Powstańców. Każdy niedzielny podwieczorek jadaliśmy u Babisi. Podwieczorek potem zamieniał się w kolację. Tak więc w tak zwanych ciężkich czasach Babisia raczyła nas niezwykłymi przysmakami. Do superszlagierów należało risotto z kury (wielkie okazje), pieczeń na dziko (jeszcze większe okazje), parówki w sosie pomidorowym (czasy reglamentowania żywności), o słodyczach i ciastach nie wspominając. Babisia ze stoickim spokojem przygotowywała przysmaki, niezależnie od tego, co rzucili w pobliskich sklepach. Osobne menu ustalane było na święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, Wielkanoc oraz imieniny członków rodziny i Babisiowe imieniny, które do dnia dzisiejszego obchodzę w tym samym dniu, 19 listopada. Bo właśnie po Babisi jestem Elżbietą.
Babisia przypominała nam, że w czasie okupacji robiła z tą samą atencją suflet z pietruszki, który podawano na dobrej porcelanie, a najważniejsze jest, by ludzie mogli się ze sobą spotkać. Tak więc z zapałem pałaszowaliśmy wszystko, co Babisia wykreowała. Babisia była niezbyt sprawna ruchowo po fatalnym zrośnięciu biodra, po złamaniu szyjki udowej. Do dziś słyszę w uszach „już idę robaczku!”, gdy Babisia nadchodziła przez wiele minut, by mnie wpuścić do mieszkania, przechodząc długi przedpokój, opierając się na taborecie. Babisia prowadziła dom otwarty, więc myślę, że tę trasę fotel–drzwi wejściowe musiała pokonywać bardzo często. Oprócz setek anegdotek rodzinnych, opowieści, wspomnień i niezwykle ciekawych rozmów pamiętam, jak mówiła nam, że na przyjaźń ludzką trzeba zapracować.
W czasach, gdy Babisia poruszała się lepiej, jeździliśmy na wspólne wycieczki. W czasie jednej z nich pani sprzątająca kościół w Krakowie zapytała teatralnym szeptem Babisię, czy ona pamięta czasy pogrzebu Zawiszy Czarnego. Babisi porywający opis orszaku żałobnego, konia w czarnej kapie, którego też wprowadzono do świątyni, był tak przekonujący, że trudno się tej starszej pani dziwić.
Babisiowe dwupokojowe mieszkanie pełne było rodzinnych pamiątek. Pamiątki równie szczelnie zaczęły wypełniać mieszkanie na Gruszczyńskiego. Dziwnym trafem wiele starszych cioć, wujków i innych krewnych ofiarowywało moim rodzicom przekazywane od pokoleń rzeczy, ponieważ oni właśnie stali się centrum rodziny. Kiedyś zawędrowały do nas stare portrety rodzinne. Mój brat często powtarzał, że gdy będę niegrzeczna, to stanę się podobna do tej pracioci. Tak niestety się stało, co stwierdziłam zupełnie niedawno. Portrety zawieszono nad łóżkiem mojego brata. Którejś nocy praciocia zrezygnowała z pobytu na ścianie i wylądowała w łóżku mojego brata. Na szczęście brat w tej chwili leżał daleko od obrazu, ale mogło to się wszystko skończyć dramatycznie, bo ciocia otoczona była wiekową, ciężką ramą.
Nasze życie rodzinne ubarwione było licznymi odwiedzinami z wielu okazji lub bez okazji. Dom moich rodziców stał się miejscem towarzyskich spotkań ludzi w różnym wieku. Grono podstawowe tworzyli rówieśnicy rodziców. Oni byli zapraszani na kolacje, spotkania i imieniny. Natomiast do stałych bywalców należały panie w wieku zbliżonym do moich babć. Panie te, najczęściej wdowy, wpadały na poobiednią herbatę podawaną z czymś słodkim. Rozmawiało się o wszystkim: o polityce, zwyczajach, o życiu odświętnym i codziennym. Każda z nich wnosiła do naszego domu swoje poczucie humoru, język, bagaż doświadczeń, wspomnienia, aurę nieznanego dla nas okresu Polski międzywojennej. Pani Edyta Gałuszkowa piekła torty, które należało kosztować wręcz na klęcząco, pani Ula Zielezińska roztaczała wokół siebie aurę artystycznego świata, bowiem jeden z jej synów był scenografem teatru muzycznego. Pani Holzowa i pani „Muszka” wpadały co parę dni, bo mieszkały w tym samym co my bloku, Irena Zaria wnosiła urok dawnych kresów, wraz z wieloma przysmakami.
Wieczorową porą, w czasie kolacji najbliżsi spotykali się przy stole. Była to pora na wspólne podsumowanie dnia, na refleksję nad zdarzeniami minionych godzin.
Babinia, nosząca imię Pelagia, przypomnę mama mojego ojca, była zjawiskowa. Niewysoka i zgrabna, z włosami upiętymi w podłużny kok, o ślicznych niebieskich oczach była moim ukojeniem i uspokojeniem. Cicha, niezwykle pracowita, oddawała nam każdą chwilę swojego życia. Najbardziej lubiłam szarą godzinę, gdy dzień zamieniał się w wieczór. Często kładłam głowę na Babiniowych kolanach, nawet gdy byłam już całkiem dużą dziewczynką. Babinia była zawsze przy mnie. W czasie niekończących się moich chorób (pediatra, dr Jaromij wchodząc do pokoju pytał: „Moje dziecko i znowu angina, która w tym roku?”) siadywała obok mnie, ja zaś godzinami mogłam słuchać opowieści, a dzieje losów Babinii w czasie powstania warszawskiego do dzisiaj pamiętam doskonale. Moment bombardowania kamienicy, w której mieszkała Babinia, w chwili gdy ona zeszła na moment do piwnicy, jest do dziś przejmujący. Szczególnie, że Babiniowy mąż i syn byli w tym czasie zamknięci w obozie.
Blisko z nami wszystkimi żyło małżeństwo kuzynki mojego ojca, Maryli i Grzegorza. Grzegorz właśnie trzymał mnie do chrztu i jego obecność była mi szczególnie bliska. Ciocia Maryla z oczami sarny do dziś wpada do rodziców na sobotnią kawę.
Rodzice pracujący zawodowo, towarzysko aktywni, członkowie gliwickiego Dyskusyjnego Klubu Filmowego poświęcali nam o wiele mniej czasu niż obie babcie. Ale w wakacje wyjeżdżaliśmy w Polskę wspólnie, a w soboty i niedziele często organizowaliśmy parogodzinne wypady za miasto.
W czasie niewielu wolnych godzin mój ojciec kładł pasjanse. Widok pochylonych ojcowskich pleców nad małymi taliami kart był na tyle dla mnie ważny, że do dzisiaj w rodzinnych archiwach przechowywany jest mój dziecinny bazgrołek przedstawiający jakiegoś niezbyt urodziwego mężczyznę, który układa pasjansa, siedząc przy sekretarzyku. Do dzisiaj ojca nie opuściło to przyzwyczajenie, a ja ostatnio zrobiłam w Gliwicach listę najciekawszych rozłożeń na jedną i dwie talie. Przyrzekłam rodzicom i sobie, że w wolnych chwilach będę praktykować ten cudowny zwyczaj wieczornego wyciszenia.
W domu z reguły było głośno. Nigdy nie byliśmy spokojni. Mojego brata rozpierała energia, która zamieniona na żarówki mogłaby oświetlić cały Górny Śląsk. Reszta rodziny też miała energię w genach. Dyskusja, kto ma odebrać magiel z pobliskiej ulicy Młyńskiej, była słyszana wiele metrów od Gruszczyńskiego.
Dom rozbrzmiewał również muzyką. Radio było bardzo ważnym naszym sprzętem, telewizora nie mieliśmy. Słuchaliśmy muzyki rozrywkowej, ale najważniejsze miejsce zajmowała i zajmuje muzyka poważna. Ojciec czasami pomagał dyrygentowi odpowiednio ruszając prawicą, a my słuchaliśmy. Wyjazd na pierwszy koncert symfoniczny tak silnie przeżywałam, że z białego papieru wycięłam jakiś dosyć pokraczny łańcuch, którym oplotłam cały sufit pokoju. W czasie koncertu umierałam z nudów. Policzyłam wszystkich członków orkiestry w okularach, wszystkie panie w okularach, wszystkie panie blondynki, wszystkich panów z przedziałkiem na lewej stronie. Potem przyszedł moment na liczenie reflektorów i części składowych podłogi. W pamięci pozostały mi także wyjazdy do Katowic w czasie pewnej ciężkiej zimy, kiedy to jednakowo ubrani panowie pozwalali na wjazd do miasta, byśmy mogli usłyszeć muzykę Karola Szymanowskiego.
W domu czytano zawsze. I to gazety. Prenumerowano wiele tytułów. Do dziś rodzice otrzymują co tydzień „Tygodnik Powszechny” i „Forum”. A kupują „Gazetę Wyborczą”. Przez poprzednie lata czasopism było więcej. Pamiętam miesięcznik „Ty i ja”, tygodnik „Przekrój” i „Perspektywy”. Cała prasa była po przeczytaniu przekazywana dalej. Ruch gazet był ustalony i rodzina, znajomi oraz sąsiedzi mogli skorzystać z gazet w tym samym rytmie. Książki kupowano stale. Do większych przeżyć mojego dzieciństwa należało pojawianie się w domu kolejnych tomów trzynastotomowej encyklopedii.
Moja mama posiada niezwykłą pamięć. Jest w stanie w ciągu paru minut przedstawić w rozmowie wszystkie fakty i daty dotyczące rodziny i nie tylko. Więc nie byłam bardzo zdziwiona, gdy brat zapytał mamę, kiedy to kupił sobie ostatni, zimowy płaszcz, bo już zdążył zapomnieć. Dodać tu należy, że brat od lat mieszka poza Gliwicami i w międzyczasie został dziadkiem… Pamięć mojej mamy gromadzi dane dotyczące wyjazdów rodzinnych, wakacji, historii członków rodziny, dziejów Śląska sprzed wojny i teraz. Jest przy tym niezwykle dobrze zorganizowana.
Mieszkanie na Gruszczyńskiego pięknieje z dnia na dzień. W ciągu ostatnich lat wymieniono okna, wyłożono kafelkami obie łazienki i kuchnię, wymieniono meble kuchenne, a ostatnio piec gazowy w kuchni i lodówkę. Pokoje też są pod staranną opieką rodziców. Ich zamiłowanie do zmian i ulepszeń mnie zadziwia. Już teraz trwają rozmowy rodziców z sympatycznym panem na temat wymalowania sufitów w dwóch pokojach.
Gdy ostatnio odwiedziłam Polskę i mogłam znów wejść w atmosferę domu rodzinnego oraz miły, spokojny świat jego mieszkańców, nie mogłam się powstrzymać, by nie podziękować rodzicom za jakość życia i marzeń, jakie mi podarowali.
Dziękuję też przyjaciołom, którzy pozwolili mi na utrzymanie i rozwijanie tych marzeń na amerykańskiej ziemi.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu!
Artykuły z numeru:
NR 6 WIOSNA 2006
- Ach, idzie wiosna! - Jan Latus
- Architekt musi być psychologiem - Marcin Żurawicz
- Bezcenne jajko - Dorota Jarowicz
- Dom z bali - Jacek Maliga
- Finansowa pułapka? - Tomasz Deptuła
- Internetowe zagrożenia - Mirosław Waluś
- Jak w indiańskiej legendzie... - Halina Niedzielska
- Kuchenka mikrofalowa - Jolanta Wysocka
- Mój Wąchock -
- Moje centrum świata - Elżbieta Kieszczyńska
- Pięciogwiazdkowe condo -
- Piękny dźwięk cieszy oko - Jan Latus
- Podłogi drewniane - Wiktoria Sudoł-Dawdo
- Polacy budują Amerykę -
- Tu mieszkał Karol Wojtyła... - Józef Kołodziej
- Współgranie kontrastów - Agata Ostrowska-Galanis
- Wzornictwo przemysłowe w MoMA - Ewa Kara
- Z europejską nutą - Aneta Sadowska
- Z głową w kwiatach - Małgorzata Sulewska
- Zamieszkać w... Karolinie Północnej - John Douglas Hite
Najczęściej czytane
Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych
sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK







