Polacy budują Amerykę
Opracowanie: CN – Aneta Sadowska, PA – Alicja Jacyna, FL – Władysław Poncet, IL – Danuta Peszyńska, NJ – Janusz M. Szlechta
Budownictwo jest jedną z dziedzin amerykańskiej gospodarki, w której Polacy mocno zaznaczają swoją obecność.
Tzw. kontraktorka daje bowiem szansę nie tylko dobrego zarobku – nawet dość szybkiego dorobienia się – ale zapewnia też tak bardzo cenioną niezależność. Trudno się dziwić, że za wyborem tego właśnie zawodu opowiada się sporo naszych rodaków. Wielu z nich jest właścicielami firm, a znani są z fachowości i rzetelności wykonywanych prac. Przedstawiamy zatem kilku z nich.
CONNECTICUT
Wojciech Szumski
Ultimate Carpentry
Budownictwem interesowałem się już od młodych lat. Gdy ukończyłem szkołę podstawową, ojciec rozpoczął budowę naszego domu w Gdańsku, w której mu wiele pomagałem, i to był jeden z powodów decyzji o podjęciu nauki w technikum budowlanym o kierunku ogólnym. Ukończenie go dało mi podstawy teoretyczne i namiastkę budowlanego doświadczenia, które z biegiem czasu znacznie wzrosło.
Po zdobyciu dyplomu w 1990 roku przyjechałem do USA. Po rocznej tułaczce między Nowym Jorkiem i New Jersey osiedliłem się w Connecticut. Praca, którą podjąłem, była związana z utrzymaniem ogrodów i tam też szukałem możliwości wykorzystania swojego zawodu i pasji. Następnie układałem kamienne chodniki, podjazdy, budowałem kamienne murki, co bliższe było wiedzy nabytej o polskim budownictwie betonowo-ceramicznym.
Zainteresowania architektoniczno-dekoratorskie pozwoliły mi na wykonywanie własnych projektów.
Z czasem zacząłem poznawać zasady działania małych firm. Widząc duże zapotrzebowanie na prace budowlane na terenie Fairfield County (gdzie zamieszkałem), zacząłem szukać zatrudnienia w budownictwie. Początkowe prace malarskie i małe remonty przekształciły się w dużo większe i poważniejsze zlecenia.
Po kilkunastoletniej znajomości z jednym z moich klientów pojawiła się propozycja współpracy na dużo większą skalę. Choć ryzyko i odpowiedzialność pierwszego projektu były duże, jednak szansa na rozwinięcie się w kierunku budowlanym była tak kusząca, że bez większego zastanawiania zdecydowałem się na współpracę.
Obecnie moja firma Ultimate Carpentry operuje na terenie Greenwich, New Canaan i Darien w Connecticut. Moimi głównymi klientami są prywatni inwestorzy, którzy znajdują mnie z polecenia poprzednich udanych prac. Domy, które buduję, mają powierzchnię od 2000 do 5000 stóp kw. Średni czas ich stawiania to około siedmiu miesięcy wytężonej pracy. Duży wpływ na czas budowy ma dobrze wykonany projekt, najczęściej na zamówienie. Wykonanie planów wraz z ich korektą wliczone są w okres całej budowy.
Średni koszt domu jednorodzinnego w okolicy, w której pracuję, wynosi około 250 dol. za stopę kw. W dużej mierze cena ta jest jednak uwarunkowana standardem wykończenia projektu.
Dziś buduje się, a przede wszystkim wykańcza się inaczej. Stałym elementem we wnętrzach domów są granitowe blaty, tak kuchenne, jak i łazienkowe, oraz wysokiej klasy urządzenia kuchenne firm, takich jak Sub Zero, Viking, Bosh. Meble kuchenne wykonywane są już niemal zawsze na zamówienie. Ciekawym detalem wykończenia, na który od niedawna wielu inwestorów zwraca uwagę, są drzwi wewnętrzne (im cięższe i grubsze, tym lepiej), niekoniecznie drewniane, gdyż takie nie zawsze współgrają z klimatem domu.
W modzie jest też master suite, czyli duża sypialnia małżeńska z osobną łazienką. Poza tym ważne są pojemne szafy z możliwością wejścia do środka oraz obszerne łazienki z podgrzewanymi podłogami, przestrzenne prysznice za grubym szkłem, podwójne umywalki i oczywiście wielkie wanny. O ile kominek w główniej sypialni nie jest konieczny, to jest mile widziany. Kominek w salonie to już standard.
Nie tylko duża powierzchnia ma tu znaczenie, ale i kubatura pomieszczeń. Wszystkie muszą mieć minimum 9 stóp wysokości.
Takie domy są często poza finansowym zasięgiem większości Polaków, dlatego też wielu z nich koncentruje się na pracach renowacyjnych. Remont istniejącego budynku nie pochłania aż tylu funduszy, jeśli jest się w stanie dużo zrobić we własnym zakresie. A Polacy potrafią. Dzięki temu, iż budownictwo amerykańskie jest lekkie, dużo łatwiej jest przeprowadzać wszelkiego rodzaju remonty i przeróbki.
FLORYDA
Jerzy Kluza
JSK Construction
Przyjechałem „podbijać Amerykę” dobrze przygotowany. Studiowałem inżynierię lądową na Politechnice Wrocławskiej, następnie zajmowałem odpowiedzialne stanowisko w urzędzie katowickiego architekta miejskiego, a pod koniec „ery gierkowskiej” rozbudowałem własne przedsiębiorstwo, biorąc się za wykonawstwo projektów budowy obiektów państwowych i samorządowych. Do Ameryki los przyniósł mnie, jak wielu innych, w latach osiemdziesiątych. Zacząłem od Oregonu. Skromne zasoby finansowe nie pozwalały na działalność na skalę przedsiębiorstwa, jakie miałem w śląskim Bolesławcu, ale wystarczyły, aby móc z powodzeniem wykorzystać wiedzę fachową i dar „złotej rączki”. Wziąłem się za odnawianie i modernizowanie domów, dających się potem dobrze sprzedać.
Do przeniesienia się na Florydę nakłoniła mnie propozycja budowy, na zasadzie spółki, kompleksu mieszkaniowego kilku domów. Inicjatywa ta, choć dobrze pomyślana, spełzła na niczym, niemniej decyzja przyjazdu do stanu, który w opinii analityków gospodarczych staje się drugą Kalifornią, okazała się strzałem w dziesiątkę. Koniunktura budowlana na zachodzie Florydy właśnie zaczęła się rozkręcać. Otwierały się wspaniałe możliwości właśnie dla małych przedsiębiorców budowlanych. Takich, którzy są wystarczająco elastyczni, aby wykorzystać raz po raz otwierające się tzw. nisze rynkowe.
Na zachodzie Florydy gęsto zaludniony jest stosunkowo wąski pas przybrzeżny. Oznacza to, że podaż ziemi pod budowę jest ograniczona; w znacznym stopniu przebudowuje się to, co już istnieje. Sprzyja to powstaniu właśnie takiej niszy rynkowej faworyzującej naszych polskich kontraktorów. Przedsiębiorstwa wielkie koncentrują się raczej na zagospodarowywaniu nowych terenów.
Jest jeszcze inny element, na który zwróciłem uwagę jeszcze w Oregonie. Ludność par excellence napływowa kieruje się określonymi potrzebami. Wytwarza się specyficzna sytuacja rynkowa. Przyjeżdżają na Florydę nie tylko renciści. Osiedla się tu wielu emigrantów; przybywają ludzie znęceni niskim wskaźnikiem bezrobocia. I choć 90% Amerykanów, zwłaszcza tych zamożniejszych, myśli o wprowadzeniu się do domu z wyposażeniem będącym ostatnim krzykiem mody, wielu przybyszów „na dorobku”, którzy potrafią – i muszą – liczyć się z każdym groszem, traktuje zakup, względnie budowę domu w sposób bardziej bliski naszej mentalności i tradycji. Dla nich to, przy inwestowaniu 150 czy 200 tysięcy dolarów we własne domostwo, grzechem byłoby myśleć, że robi się to na dziesięć, a nawet mniej lat. Amerykanina tego rodzaju perspektywa wcale nie peszy. Prawdę tę odkrywałem nie tylko ja. Podobne wnioski wyciągnęli ci, którzy ściągnęli na Florydę po doświadczeniach w Nowej Anglii, Illinois czy Kanadzie.
W mojej ocenie 15% nabywców domów na Florydzie woli opracować z budowniczym własne plany domu, a nie być związanym ze sztywną ofertą dewelopera albo korzystać z gotowych rozwiązań katalogowych. Często wolą poczekać kilka miesięcy na skończenie budowy, jeśli spodziewają się solidnej, fachowej roboty. Gotowi są nawet liczyć się z tym, że koszty konstrukcji wyniosą więcej niż standardowe 100 dolarów za stopę kwadratową.
Czy można doszukać się zasadniczych różnic między wymaganiami Polaków i Amerykanów? Opowiadanie się za solidnością wykonania na pewno jest większe wśród Polaków. Zarówno tych, których stać tylko na dwusypialniowy odnowiony domek, jak i tych, którzy budują sobie wielkie rezydencje, otoczone wypielęgnowanymi ogrodami. I takich, którzy idąc z duchem czasu w domach swych marzeń chcą mieć jak najwięcej światła i powietrza, wysokie sufity, otwartą, dużą powierzchnię, podłogi z jasnego drewna. W kuchni pragną nowoczesnego wyposażenia, pojemnych lodówek, granitowych albo marmurowych blatów. No i łazienek z luksusową armaturą, i to nie jednej czy dwóch w domu, ale praktycznie przy każdej sypialni.
A najciekawsze jest to, że przy tym całym modnym teraz luksusie, przy tej wielkiej liczbie pokoi, przy tych wszystkich sypialniach, bawialniach, gabinetach, pokojach rekreacyjnych, życie rodzinne koncentruje się w gruncie rzeczy w kuchni. No, bo też i kuchnia staje się rodzajem salonu. Z estetycznie wkomponowanymi urządzeniami do przygotowania posiłków.
NEW JERSEY
Mariusz Nowak i Paweł Paszcza
Marpol Corporation
Paweł przyjechał do USA kilkanaście lat temu, do ojca – miał wówczas 17 lat. W Polsce zdążył skończyć szkołę podstawową w Alwerni koło Krakowa. Na kształcenie się w USA nie miał ani pieniędzy, ani czasu. Na trzeci dzień po przyjeździe poszedł do pracy na budowie – i tak pozostało do dziś.
Mariusz skończył Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Miechowie na Kielecczyźnie, a potem został gospodarzem jednego z największych gospodarstw w Przybysławicach. Jego ojciec Stefan – oprócz tego, że gospodarzył na roli – zajął się polityką i został nawet posłem na Sejm. Mariusz ponad 14 lat temu przyjechał do USA i zaczął pracować na budowie.
Któregoś dnia drogi Pawła i Mariusza się zeszły. Paweł miał już duże doświadczenie w budowie domów, przede wszystkim w stawianiu tzw. framingów, drewnianych konstrukcji domów, natomiast Mariusz specjalizował się w ich wykańczaniu. Postanowili więc spróbować pracy na własną rękę. I tak ponad 2,5 roku temu ruszyła firma Marpol Co. Zatrudniają na stałe dwóch pracowników, a jak pracy jest więcej – jeszcze 2-3. Do tej pory sami wybudowali od podstaw, pod klucz, cztery domy. Niedawno otrzymali propozycję zbudowania kolejnego – w Pensylwanii.
„Mimo wciąż rosnących cen zapotrzebowanie na nowe domy w New Jersey jest bardzo duże. Z naszych obserwacji wynika, że buduje się dużo kondominiów – twierdzi Mariusz. – My natomiast mamy coraz więcej zamówień na różnego rodzaju remonty i roboty wykończeniowe”. Niedawno remontowali łazienki w ogromnym, wartym kilka milionów dolarów domu w Princeton. Łazienek było 8. Właściciel życzył sobie, aby wszystkie wyłożyć jednakowymi, podłużnymi białymi płytkami.
Jeżdżą tam, gdzie jest praca. Najwięcej – ich zdaniem – w stanie New Jersey buduje się w takich miastach, jak: Wayne, Franklin Lakes, Ramsey i Englewood. Paweł pamięta, jak mniej więcej 9 lat temu w dzielnicy Mahwah – Rio Vista – wycięto spory kawałek lasu i zaczęto budować duże, ładne domy. Powstało ich już może 300 i wciąż budowane są nowe.
Pierwszą robotę dostali w prywatnym domu. Potem przygotowali wszystkie wystawy kuchni i łazienek w sklepie BJ Floor, sprzedającym płytki w Wallington. No i ruszyło… Ludzie patrzyli na ich robotę, wielu się spodobała i jedni polecali ich drugim. „Nigdzie się nie ogłaszamy, a roboty mamy mnóstwo” – twierdzi Mariusz. Najwięcej robót wykonują w północnej części New Jersey: w Wayne, Carlstadt, East Rutherford, Garfield i Wallington. „Mniej więcej połowę zleceń dostajemy od Polaków, a resztę od Amerykanów, Włochów czy Hiszpanów” – dodaje Paweł.
Postawienie drewnianego szkieletu domu z reguły zajmuje im 5-6 dni. Jeśli mają go wykończyć pod klucz, potrzebują 2-3 miesięcy. Wszystko zależy od wielkości domu oraz od wymagań przyszłego właściciela. „Kiedyś budowaliśmy dom o powierzchni 9 tys. stóp kw. (ok. 836 m kw.) – samo postawienie szkieletu zajęło nam dwa miesiące” – mówi Paweł.
„Koszt budowy domu nawet dzisiaj nie jest szokujący, spokojnie można się zmieścić w 150-200 tysiącach dolarów – dodaje Mariusz. – Oczywiście zależy on od potrzeb inwestora, od tego, co ma być w środku. Natomiast bardzo drogie są działki. Jeśli niewielka działka w Wallington kosztuje ponad 300 tys. dolarów, automatycznie dom staje się szalenie drogi” – podkreśla.
Łatwo zauważyć, że im dalej na południe, a więc im dalej od Nowego Jorku – tym działki i domy są tańsze. Często bywa tak, że za jeden dom np. w Wallington można kupić dwa podobne w sąsiednim stanie, w Pensylwanii.
Na ogół jest tak, że kiedy przystępują do budowy czy też remontu domu, właściciele dysponują własnym projektem wykonanym przez architekta. Zdarza się, że doradzają zmiany, aby ostateczny efekt był znacznie lepszy.
Z ich doświadczeń wynika, że Polacy częściej kupują stare domy i remontują je, aniżeli decydują się na budowę nowych. Wszystko zależy od zasobów finansowych. Często też przeprowadzają remonty we własnym zakresie, własnymi siłami – aby było jak najtaniej.
Mariusz i Paweł wyraźnie dostrzegają różnice w gustach swoich zleceniodawców. Amerykanie zazwyczaj życzą sobie prostych ścian i drewnianych parkietów, w ogóle lubują się w drewnie. Polacy często stawiają na nowoczesność, lubią jasne pomieszczenia, nieprzeładowane detalami, proste. Włosi i Hiszpanie natomiast chcą mieć w domach dużo szkła i porcelany. Stawiają przeszklone ściany, zamiast parkietów chcą płytki porcelanowe czy ceramiczne na podłogach, podświetlane ściany w łazienkach, a na schodach – niklowane poręcze.
Zasobność kieszeni właściciela decyduje o wyglądzie domu, to oczywiste. Paweł twierdzi, że właściciele zabezpieczają domy i upiększają je zazwyczaj kładąc siding. Zamożniejsi życzą sobie tynki, i to na całym domu. W Englewood Cliffs na przykład, jak twierdzi, domy są z reguły otynkowane lub obłożone cegłą. W Garfield czy Wallington, gdzie mieszka dużo Polaków, przede wszystkim występują domy z sidingiem. Od kilku lat widoczna jest tendencja, że mimo wyższych cen, ludzie chcą mieć większe i bardziej nowoczesne wnętrza, po prostu chcą mieć więcej przestrzeni. „Robimy otwarte salony, z łukowatymi drzwiami, łączymy kuchnie z jadalniami, duże łazienki, często z jacuzzi, nikt też już nie chce małych okien. Dla Amerykanów jest charakterystyczne to, że starają się wbudowywać jak najwięcej szaf ściennych” – mówi Paweł.
Obaj panowie zgodnie twierdzą, że budownictwo w Polsce jest… lepsze. „Polskie domy buduje się z cegły i pustaków, są świetnie izolowane, a więc są ciepłe i trwałe, a poza tym są naprawdę ładne” – podkreśla Paweł. „Poza tym w Polsce nie słychać, co robi sąsiad za ścianą czy na górze, a tutaj raczej tak – dodaje Mariusz. – Wyciszenie domów amerykańskich pozostawia dużo do życzenia”.
Jak podkreślają, każdy kraj ma własną kulturę budowania domów, czemu towarzyszy cała infrastruktura. Dobrze jest niekiedy dokonać porównań, aby zastanowić się nad tym, co i jak się robi, a wnioski wykorzystać w swojej pracy.
CHICAGO
Jerzy Hryszko,
JAK Carpentry, Inc. oraz
Royal Stairs, Co.
Kiedy przyjechałem do Chicago w 1979 roku, nie przypuszczałem, że zostanę tu na stałe. Tym bardziej nie wyobrażałem sobie, że będę budował amerykańskie domy z „tubajforów”, które na początku wcale mi się nie podobały. Po roku pracy miałem już odłożoną pewną sumę i zamierzałem wrócić do Polski, żeby rozpocząć produkcję nieznanych tam jeszcze drzwi garażowych. Ale wtedy właśnie spotkałem Krystynę i moje życie zaczęło się na nowo. Ślub, dzieci, własne firmy, zaangażowanie w liczne inicjatywy polonijne… Ani się obejrzeliśmy, jak tu zapuściliśmy korzenie.
Choć z wykształcenia jestem inżynierem mechanikiem, budownictwo zawsze mnie fascynowało. Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych zajmowałem się wyrobem trumien, szybko jednak porzuciłem to zajęcie i przeszedłem do prac kontraktorskich. Od początku specjalizowałem się w rough carpentry, czyli zbijaniu konstrukcji domów. Przez lata pracowałem w dużej firmie amerykańskiej, gdzie sporo się nauczyłem i dość szybko awansowałem. Udało mi się nawet wprowadzić tam własne rozwiązania konstrukcyjne (żona żartuje, że przydała się wiedza wyniesiona z Politechniki Białostockiej).
Kiedy kompania Dimucciego zmieniła profil działalności, zdecydowałem się założyć w 1991 roku własną firmę. Na początku było to jednoosobowe przedsięwzięcie. JAK Construction świetnie się jednak rozwijała i po pewnym czasie zatrudniałem już kilka brygad pracowników. Obecnie wraz z żoną prowadzimy również firmę Royal Stairs specjalizującą się w budowie schodów.
Przez te lata przyczyniłem się do wybudowania kilkuset domów w Chicago i okolicach. Pamiętam, że kiedyś w ciągu roku postawiliśmy 64 budynki mieszkalne. Miałem swój udział także w budowie trzech domów w Stanowicach w woj. wrocławskim (dar dla powodzian od Polonii chicagowskiej i Polsko-Amerykańskiego Stowarzyszenia Kontraktorów – PACBA). Większość obiektów powstała na zlecenie indywidualnych klientów; ale zajmowałem się również działalnością deweloperską. Nie wszystkie z tych inicjatyw okazały się dochodowe; nie zniechęciło mnie to jednak do nowych projektów.
A pracy nie brakuje, gdyż boom na budownictwo w metropolii chicagowskiej wciąż trwa. Największym powodzeniem cieszą się tradycyjnie północne i północno-zachodnie przedmieścia, ale wzrasta również zainteresowanie miejscowościami uchodzącymi do niedawna za nieatrakcyjne, jak Lemont czy Palos Hills na południu miasta. W samym Chicago wybiły się okolice przez dziesiątki lat zapomnianego „trójkąta polonijnego”, Wicker Park i Bucktown. Ceny na działki blisko śródmieścia i na niektórych przedmieściach tak znacznie poszły w górę, że opłaca się wyburzyć nawet dom w dobrej kondycji i postawić nowy, większy i nowocześniejszy. Część klientów zwraca się do nas właśnie z takimi zamówieniami. Inni w podobnej sytuacji decydują się na generalny remont czy dobudowanie piętra. Nierzadko z tego „sztukowania” wychodzą architektoniczne dziwolągi, ale jeśli projekt jest zgodny z przepisami, to my oczywiście podejmujemy się takich prac. Planując budowę nowego domu, niektórzy klienci wybierają gotowe projekty z katalogów, przystosowując je do własnych potrzeb. Większość jednak woli korzystać z usług biur architektonicznych. My zazwyczaj polecamy polskich architektów, którzy zdobyli już uznanie na tym rynku, np. Beatę Kociubę i Tomasza Ciesielskiego.
Polacy przy budowie domu z reguły zgłaszają większe wymagania od Amerykanów, gdyż kierują się bardziej wyrafinowanym gustem i przywiązują większą wagę do detali. Zawsze chcą jeszcze dodać jakieś elementy architektoniczne – a to kolumny, a to werandy czy francuskie balkoniki. Domy rodaków wyróżniają się estetyką i nawet te małe czy stosunkowo skromne mają swój urok.
Generalnie dominują obecnie domy piętrowe, niekiedy gigantyczne o wyszukanych formach architektonicznych. Ale nawet te najbardziej okazałe buduje się stosunkowo szybko. Od wylania fundamentów do oddania kluczy mija przeważnie około pół roku (standardowo 1000 stóp wykonujemy w ciągu miesiąca). Przy domach większych czas się wydłuża, przede wszystkim ze względu na skomplikowane prace wykończeniowe. Średni koszt budowy waha się od 100 do 150 dolarów za stopę kwadratową powierzchni.
Niegdyś z powątpiewaniem patrzyłem na amerykańskie „domki z kart”. Po latach doświadczeń uważam, że to budownictwo oparte na konstrukcji ramowej ma wiele zalet. Jest lekkie, przestrzenne, funkcjonalne, energooszczędne, łatwe do rekonstrukcji. W Polsce tradycyjnie budowało się dla całych pokoleń. Domy były ciężkie, masywne, trudne do ogrzania i bardziej kosztowne. Ale i tam zaczęto wprowadzać zmiany w technologii budownictwa. Coraz większym powodzeniem cieszy się w kraju model amerykański, do którego spopularyzowania przyczyniła się również PACBA, organizując m.in. targi EXPO 2000 w Stanowicach.
PENSYLWANIA
Zdzisław Dzieniszewski
Jesse Builders, Inc.
Urodziłem się na wsi pod Augustowem w wielodzietnej rodzinie. Nie marzyłem o Ameryce, ale miałem tutaj jedną ze starszych sióstr, która mieszkała w Lansdale w Pensylwanii. Przyjechałem do niej w sierpniu 1985 roku. Skończyłem właśnie 18 lat i nie bardzo wiedziałem jeszcze, co zrobię ze swoim życiem. W Augustowie skończyłem Zasadniczą Szkołę Zawodową i zostałem mechanikiem samochodowym, ale nie bardzo mnie to pociągało.
W USA otrzymałem pracę w firmie Zenon Construction, Inc. Przepracowałem w niej dwa lata i nauczyłem się zawodu cieśli (carpenter). Zadaniem naszym było postawienie na fundamencie całej konstrukcji domu łącznie z wstawieniem okien i drzwi, czyli „pod wiechę”, jak to się w Polsce nazywało. Ja to określiłbym jako postawienie rdzenia domu czy nawet serca.
W większości domy w Ameryce buduje się z drewna i to my, cieśle mamy chyba największą świadomość i radość, kiedy widzimy, jak z fundamentu wyrasta szkielet budynku. Ogromnie lubię zapach świeżego drewna, który nas otacza po rozpoczęciu budowy. Lubię przestrzeń, kiedy stoję na trosach na wysokości drugiego piętra, czy kiedy z wysokości dachu widzę poniżej piętra powstającego domu. To jest zawód, który przynosi dużo radości, a poza tym daje niezwykłe poczucie wolności.
W 2002 roku założyłem własną firmę Jesse Builders, Inc. i prawdę powiedziawszy nie słyszałem o podobnej polonijnej firmie takiej jak moja. Inne firmy polonijne zajmują się kładzeniem dachu, elewacji, kamienia itp. Nie słyszałem także o inwestorze budującym domy na tym terenie wywodzącym się z Polonii.
Różne było zapotrzebowanie na cieśli w różnych latach i różne były stawki. Jest to w dalszym ciągu fach najniżej płatny ze wszystkich niezbędnych do zbudowania domu gotowego do zamieszkania. Obecnie zapotrzebowanie na tego typu domy jest bardzo duże i ja właściwie przechodzę z jednego fundamentu na drugi. Buduję domy na styku Montgomery i Bucks County w kierunku na Doylestown. W tej okolicy domy rosną jak przysłowiowe grzyby po deszczu i kiedy kończę jeden dom, już czekają na mnie kolejne. Pracuję jako podwykonawca dla firmy Manhardt Construction Company, Inc., która jest odpowiedzialna całkowicie za budowę i wszystkich podwykonawców. Firma ta buduje domy dla inwestora David Cutler Group.
Czasem buduję domy dla prywatnych inwestorów, ale zdarza się to rzadko. Są to zawsze Amerykanie. Nie stawiałem jeszcze domu dla polonijnego inwestora.
Buduję dwa rodzaje domów, mniejsze o powierzchni ogólnej około 3000 stóp kw. i większe 5000 stóp kw. Te mniejsze stawiamy w dwa tygodnie, większe w trzy. Czas budowy domu od wylania fundamentu do oddania właścicielowi wynosi od dwóch do czterech miesięcy, w zależności od wielkości i wymagań zamawiającego. Koszt budowy wynosi od 200 do 300 tysięcy dolarów w zależności znowu od wielkości i jego atrakcyjności. Domy takie sprzedawane są za minimum pół miliona dolarów. Są one budowane przez firmy inwestycyjne, a ich konstrukcja opiera się na kilku różnych wzorach. Nabywca ma możliwość obejrzenia takiego domu przed podjęciem decyzji, na jaki model się zdecyduje. Jeżeli chodzi o prywatnych inwestorów, to buduje się im zgodnie z planem wykonanym przez architekta.
Polacy, zwłaszcza z ostatniej fali emigracyjnej, częściej kupują domy, które remontują, ale są też tacy, którzy kupują domy nowe. Rzecz w tym, że nawet w nowo zbudowanych domach właściciele także dokonują różnych zmian po zamieszkaniu. Nie jest to remont, ale dostosowywanie domu do własnych potrzeb i upodobań.
Obserwuję na przestrzeni lat, że w zasadzie cała struktura domu amerykańskiego się nie zmienia. Musi być kuchnia, jadalnia (dining room), pokój rodzinny (family room), salon i sypialnie, przy czym małżeństwo przeważnie ma do dyspozycji największą sypialnię (master bedroom) z osobną dużą łazienką. Oczywiście dochodzą garaże przynajmniej na dwa samochody oraz piwnica, czyli basement. Kiedy zaczynałem swoją karierę przy budowaniu domów, w zasadzie tylko jaccuzi nie było jeszcze tak popularne w łazience. Teraz jest to standard. Modne są skylites, czyli świetliki, zwłaszcza w holu, który sięga wysokości domu, oraz w pokoju rodzinnym. Ten drugi z reguły wyposażony jest także w olbrzymie okna. Zdecydowanie więcej instaluje się teraz dużych okien niż w domach budowanych wcześniej. Bez względu na to, co w środku się znajduje, dla mnie zawsze najważniejsza jest jego konstrukcja, za którą jestem odpowiedzialny.
Artykuły z numeru:
NR 6 WIOSNA 2006
- Ach, idzie wiosna! - Jan Latus
- Architekt musi być psychologiem - Marcin Żurawicz
- Bezcenne jajko - Dorota Jarowicz
- Dom z bali - Jacek Maliga
- Finansowa pułapka? - Tomasz Deptuła
- Internetowe zagrożenia - Mirosław Waluś
- Jak w indiańskiej legendzie... - Halina Niedzielska
- Kuchenka mikrofalowa - Jolanta Wysocka
- Mój Wąchock -
- Moje centrum świata - Elżbieta Kieszczyńska
- Pięciogwiazdkowe condo -
- Piękny dźwięk cieszy oko - Jan Latus
- Podłogi drewniane - Wiktoria Sudoł-Dawdo
- Polacy budują Amerykę -
- Tu mieszkał Karol Wojtyła... - Józef Kołodziej
- Współgranie kontrastów - Agata Ostrowska-Galanis
- Wzornictwo przemysłowe w MoMA - Ewa Kara
- Z europejską nutą - Aneta Sadowska
- Z głową w kwiatach - Małgorzata Sulewska
- Zamieszkać w... Karolinie Północnej - John Douglas Hite








