Piątek, 29 sierpnia 2008
Aktualny numer NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007
Portret pikowej damy
Basię Plewińską w Nowym Jorku zna każdy. Były biochemik i piękna modelka z okładek francuskich żurnali do dziś zaskakuje pomysłami na modę i życie. Dekoratorka wnętrz, projektantka kostiumów operowych, stylistka, muza fotografów przemierza Manhattan na rowerze w oczekiwaniu, że za chwilę znów się coś wydarzy. Bo Basia, jak typowa kobieta renesansu, ponad wszystko kocha życie i nie boi się nowych wyzwań.
W Ameryce Basia Plewińska pojawiła się dość przypadkowo. „Jak daleko sięgnę pamięcią, wszystkie moje wyjazdy zdarzały się w najbardziej absurdalnych i nieodpowiednich momentach, gdy coś dobrego zaczynało się dziać, mogłam w końcu znaleźć stabilizację i ułożyć sobie życie” – opowiada Basia. W Polsce przerwała znakomicie zapowiadającą się karierę telewizyjną. „Byłam redaktorką programów popularnonaukowych, napisałam scenariusz telewizyjny, pojawiły się nowe ciekawe propozycje i... wtedy stwierdziłam, że jest to ostatni moment, by wyjechać. Najpierw na krótko do Szwajcarii, a potem do Paryża”.
Paryż był zawsze ukochanym miastem Basi, miejscem, gdzie czuła się jak w domu, oazą, do której zawsze chciała wracać. Zdziwiła się więc, gdy po czterech szczęśliwie spędzonych tam latach odezwała się w niej po raz kolejny niespokojna dusza, która kazała wędrować dalej. Paryż opuściła, gdy dostała papiery, nauczyła się języka, a praca modelki zaczęła jej dawać wolność i czas na wgłębienie się w nową kulturę. Pomyślała o Nowym Jorku. Tu mogła doskonalić angielski, a przy okazji zobaczyć inny świat. Jak większość przyjezdnych, chciała pobyć tu tylko rok.
Z francuskim paszportem poczuła się tu od razu jak obywatelka świata. Pierwszy próg pojawił się w momencie, gdy wracając z Kanady, mimo ważnej wizy i francuskiego paszportu, pojawił się problem przekroczenia granicy. By udowodnić, że ma prawo do wolności wyboru i samodecydowania o własnym losie postanowiła zdobyć amerykańskie papiery, co zajęło jej 16 lat! W tym czasie zdążyła wyjść za mąż, zdobyć nowych przyjaciół, znaleźć mieszkanie na Times Square, a przede wszystkim zastanowić się nad tym, ile razy można zaczynać od nowa.
„Czasami zastanawiam się, skąd bierze się we mnie ta potrzeba ciągłych zmian, pęd za odmiennością, który przez wiele lat nie pozwolił mi się nigdzie na dłużej zakorzenić – mówi Basia. – Może dlatego, że z Polski pochodzę z małego miasteczka, do którego nigdy już nie chciałam wrócić? Pociągają mnie duże miasta, pełne ruchu i szalonej energii, chociaż i one, jak im się bliżej przyjrzeć, są gdzieś też małymi miasteczkami” – dodaje po chwili. Nowy Jork i Paryż to dla niej miejsca najbardziej niezwykłe. Choć Paryż ze swym europejskim urokiem zawsze będzie bliższy jej sercu, Nowy Jork zachwyca kontrastami. „To chyba jedyne miasto na świecie, gdzie możesz mieć dostęp do tak wielu różnorodnych środowisk, zachowując jednocześnie zupełną anonimowość” – mówi Basia.
Jako jedna z niewielu ma szczęście mieszkać na Times Square, w prawdziwym sercu Manhattanu, gdzie życie nie zamiera nawet na chwilę, a kolorowa rozedrgana energią ulica jest sama w sobie opowieścią o wielkim mieście. O mieszkaniach przy Times Square dowiedziała się Basia od zaprzyjaźnionego Francuza. W tamtych czasach mało kto wiedział, że w tej nieciekawej, niezbyt bezpieczniej i zupełnie nierezydencyjnej dzielnicy Manhattanu można wynająć całkiem przyzwoite lokum. Pierwsze mieszkanie przy 47 Ulicy było zbyt małe, więc gdy nadarzyła się okazja zamiany na większe, Basia nie zwlekała ani chwili. Najważniejsze, że była w centrum nowojorskiego życia, a mieszkanie na 44 Ulicy ze względu na niepopularny wtedy adres miało jeszcze niższy czynsz niż poprzednie. „27 lat temu, bo tak długo tutaj mieszkam, była to bardzo nieciekawa i dość niebezpieczna część miasta. Ludzie przyjeżdżali do teatrów taksówkami i po skończonym spektaklu jak najszybciej uciekali. Nie było tu wtedy ekskluzywnych restauracji, barwnych neonów, wielkich sklepów czy ulicznych muzykantów. Niesamowite, jak bardzo zmienił się Times Square przez te lata, a ja mieszkając tu byłam świadkiem i kronikarzem tych wszystkich przemian” – uśmiecha się Basia.
Jej mieszkanie, podobnie jak dzielnica, w której się znajduje, pełne jest niespodzianek. Wchodząc z zatłoczonej głośnej ulicy do niewielkiej klatki schodowej nikt się nie spodziewa, że za chwilę znajdzie się w zupełnie innym świecie, pełnym antyków, suszonych kwiatów, muślinowych tkanin i klasycznej muzyki. Ten rodzaj bliskości dwóch kompletnie różnych światów bardzo Basi odpowiada. „Jak typowy artysta jestem nocnym markiem. To wspaniałe, że o każdej porze mogę wskoczyć na rower i podjechać do sklepu czy restauracji” – uśmiecha się Basia. Mówi, że o wyborze tego właśnie mieszkania zadecydowały trzy czynniki: jego wielkość, wysokie sufity i światło. To ostatnie na przestrzeni lat uległo niestety zmianie, gdy w sąsiadującym budynku dziesięć lat temu dobudowano dwa piętra.
„Zamurowali mnie zupełnie” – mówi Basia, dodając, że brak zewnętrznego światła jest tak naprawdę jedynym dużym mankamentem. Dziś z perspektywy lat mieszkanie też nie wydaje się takie duże – dwie sypialnie, dwie łazienki, salon i kuchnia wydają się być typowym nowojorskim standardem. „Wszyscy wiemy, że ciężko jest znaleźć mieszkanie, które odpowiadałoby nam pod każdym względem, więc tłumaczę sobie, że po co komu większe metraże, a do braku dziennego światła też jakoś można się przyzwyczaić”.
Obecne mieszkanie Basi jest nieplanowaną kontynuacją poprzedniego, w którym z wrodzonym sobie talentem dekoratorskim wyczarowała z jednej sypialni i salonu trzy wygodne pomieszczenia. „Architektura bardzo określa wygląd mieszkania. Jeśli masz ograniczoną przestrzeń, pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Udało mi się jednak przy odpowiednim ustawieniu mebli wykreować w jednym pomieszczeniu dwa współistniejące ze sobą fikcyjnie rozdzielone pokoje” – wyjaśnia Basia. Dzięki temu wszystkie meble i sprzęty ze starego mieszkania znalazły miejsce w nowym, choć z nieco inną zmodyfikowaną aranżacją. Praca nad mieszkaniem zajęła Basi rok. Choć dziś trudno jej powiedzieć, jak przebiegały kolejne fazy jego dekoracji i stylizowania, Basia dostrzega w sobie pewną konsekwencję w tym, co lubi i jakie przedmioty ją przyciągają.
W poszukiwaniu rzeczy rzadkich i nietypowych do dziś penetruje pchle targi i sklepy z antykami, nadal zagląda do albumów malarskich, by u ulubionych mistrzów Carpaccia i Dürera popatrzeć na ulubione pejzaże wnętrz. „Moje study, czyli pracownia, jest trochę jak z tych obrazów, nasycona kolorami, z bocznym przytłumionym światłem, owadami w gablotach, wypchanymi zwierzętami. Myślę, że pasja do anatomii zwierząt pozostała mi ze studiów biochemicznych. Połączyłam ją z pasją do sztuki i zrobiłam w Muzeum Historii Naturalnej kurs rysunku anatomii zwierząt. Część tych projektów można obejrzeć właśnie w study, które jest odzwierciedleniem moich fascynacji”.
Inną pasją Basi jest zabawa kolorem. Od zawsze pociągały ją barwy włoskiego renesansu, jak ciemna zieleń czy głęboki granat, albo buddyjskich świątyń i Tybetu z ciemno przypalonym pomarańczem na czele. W takich kolorach znakomicie sprawdzają się eklektyczne połączenia elementów z różnych epok, złamania, kontrasty, zestawienia funkcjonalności z brakiem praktyczności. Najważniejsze jest, by elementy ze sobą współgrały, a jeden był konsekwencją drugiego. Nikogo więc nie powinna razić kombinacja renesansowego kominka z dwoma plastikowymi krzesłami z lat 50. i wypchanym sztucznym lampartem.
„Oczywiście do pewnych dekoracyjnych wariantów zmusza nas po prostu życie. Gdybym miała świetny widok i ciekawe okna, na pewno nie byłoby w nich ciężkich zasłon, które pomagają mi odizolować się od muru na zewnątrz. Gdybym miała normalne światło, mogłabym pozwolić sobie na inne rośliny, a nie tylko te, które tolerują sztuczne oświetlenie. Stąd może w moim domu tak dużo suchych kwiatów, obrazów, bibelotów, które pozwalają mi zbudować pewien, narzucony mi przez warunki zewnętrzne, nastrój. Do każdej rzeczy w domu Basia jest przywiązana. I nie ma znaczenia, czy jest to grzyb znaleziony, a potem zasuszony, antyczna holenderska rama do lustra czy lampa art déco ze starocerkiewnym zwieńczeniem przywiezionym przez Basię z Polski. „Każdy przedmiot ma swoją historię, swoją duszę, a my dzięki możliwości łączenia ich w różne mniej lub bardziej artystyczne kombinacje, możemy wyżyć się w kreatywności na własny rachunek – mówi Basia. – Ostatnim miejscem, w którym mogłam dać upust mojej energii twórczej, jest właśnie moja pracownia”.
Study to miejsce pracy twórczej Basi. To tu powstały szkice kostiumów do opery „Akhneton” Philipa Glassa w Teatrze Wielkim w Łodzi, tu zrodziły się pomysły na stylizację martwej natury, głównie kwiatów, to tu w końcu wymyślona została historia Madame Frankie Stein, fotograficzno-liryczna opowieść o kobiecie-naukowcu, kolekcjonerce nietypowych owadów, która odkrywa, że potrafią one wyprodukować środek na wieczną młodość. Madame Frankie Stein staje się sukcesem własnej kreacji, jest wiecznie piękna. Jak w typowej baśni jest tu miejsce na magię, tragedię, ironię, śmierć i pragnienie. Projekt ten prezentowany w Point of View Gallery wiosną tego roku jest wynikiem współpracy Basi ze znakomitą peruwiańską fotografką Cecilią Jurado. Na wszystkich zdjęciach Basia wystąpiła we własnej kolekcji ubrań i biżuterii, we własnej stylizacji w towarzystwie tak ukochanych przez siebie owadów.
„Praca nad tym projektem zajęła mi wiele miesięcy. Fakt, że opierał się on na moich osobistych kolekcjach, dodawał wszystkiemu dodatkowego napięcia. Myślę, że zarówno napisana przez Cecilię fabuła, jak i pomysł na stylizację i sam dobór ubrań mógł się narodzić tylko w tym mieszkaniu, w otoczeniu drogich mi przedmiotów, bliskich klimatów. Bo mieszkanie powinno być oazą, schronieniem, miejscem, gdzie możemy doładować energię przed wyjściem na zewnątrz. Jest taki obraz Carpaccio, na którym on siedzi w pomieszczeniu i patrzy na zewnątrz przez uchylone okno. To tak trochę jak z naszym życiem. Żyjemy we własnym świecie, ale zawsze mamy ciekawość i tęsknotę do tego, co jest na zewnątrz, poza naszym obszarem pozornego bezpieczeństwa. To właśnie na tym małym marginesie, w tej szczelinie uchylonego okna zdarza się prawdziwe życie”.
Jak z perspektywy lat spędzonych w Nowym Jorku mówi dziś o Paryżu? „Oba miasta są niezwykłe, pełne ruchu i szalonej energii. Kochamy wariactwo Nowego Jorku, ale Paryż ze swym europejskim urokiem zawsze będzie bliższy memu sercu”.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu!
Artykuły z numeru:
NR 12 JESIEŃ/ZIMA 2007
- Baron's Cafe - Wiktoria Sudoł-Dawdo
- Czy to nie wspaniałe? - Dagmara Babiarz
- DODO Dom - Aneta Sadowska
- Dużo powietrza w Wietrznym Mieście -
- Home improvment - Jan Latus
- Hotel dla Reksa - Katarzyna Zalewska
- Każdy dom ma duszę - Jolanta Wysocka
- Kiedy pojadę do Opola - Marcin Poznań
- Manhattan w dwudniowej pigułce - Ewa Sukiennik-Maliga
- Maszyna wolności - Marek Siodłoczek
- Na dachach Ameryki - Mirosław Waluś
- Niewielkie pranie - Wiktoria Sudoł-Dawdo
- Opowieść z meandrami - Halina Niedzielska
- Portret pikowej damy - Agata Ostrowska-Galanis
- Te wspaniałe dyniowate - Jolanta Wysocka
- W gąszczu pnączy - Małgorzata Sulewska
- W kulistej galerii - Czesław Karkowski
- W moim magicznym domu... - Anna Ćmakowska
- Wynajmij, zamiast sprzedać - Tomasz Deptuła
Najczęściej czytane
Magazyn Twój Dom dostępny jest w polonijnych
sklepach w USA lub w prenumeracie. W Polsce można go nabyć w salonach EMPiK